czwartek, 26 grudnia 2013

Świąteczne bieganie ;)

Przyszedł czas na przetestowanie soli regeneracyjnych, które dostałam od sklepu www.kadencja180.pl Szkoda mi było zużyć ją po lżejszych treningach...Trzymałam je na czarną godzinę i właśnie taka wybiła!

Dzisiejsze 20 km było męką z 2 powodów. Po pierwsze... świąteczne jedzenie to kiepskie paliwo do biegania  ALE! Za dużo jednak zjeść nie umiałam (trochę na szczęście!) ponieważ... może zabrzmi głupio, ale popsuły mi się plecy  - powód nr 2.

A co ma piernik do wiatraka? A no ma tyle, że mięsień, który mi dokucza (prawdopodobnie czworogłowy grzbietu) nie pozwalał mi ani jeść, ani pić... Każde przełknięcie czegokolwiek kończyło się bólem i grymasem 

Generalnie jestem odporna na ból, dopóki nie zaburza normalnego funkcjonowania... o ile wczoraj dawałam radę i znosiłam go dzielnie, to dziś już powiało dramatem 

W związku z tym biegłam całe 20 km z bólem... dało się biec, ale dyskomfort był wyraźnie odczuwalny. Po treningu śniadanie... doprawione bólem  Na deser kawa, która również sprawiała ból! Na 
obiad...? Sami sie domyślcie  Mogłabym troszkę zastrajkować i olać jedzenie i picie.. ale mam siedzieć o suchym pysku w święta? O nie  Jakoś wytrzymałam  Żele przeciwbólowe i przeciwobrzękowe, chłodzenie, delikatne rozmasowywanie mięśnia... zero efektu! 



Sięgnęłam po najcięższy kaliber  Jutro wizyta u fizjoterapeuty, który zawsze skutecznie ratuje mnie z opresji  Gdyby nie on, juz dawno bym się rozsypała  (www.revit-fizjoterapia.pl) Nie raz już Wam o nim wspominałam, ale naprawdę jest godny polecenia 

A póki co, wspomniana kąpiel solankowa, która przyspiesza regenerację i łagodzi bóle mięśniowe, stawowe, nerwobóle. Wymoczyłam się więc i zobaczymy czy obudzę się jutro 10 lat młodsza  Póki co mogę powiedzieć, że zmęczenie jest mniejsze, jak po dobrym masażu  chyba, że to efekt placebo... jakby nie było, mięśnie czują się lepiej, plecy niekoniecznie  ale z nimi rozprawię się jutro 

środa, 25 grudnia 2013

Świąteczne refleksje :)

Jak to u Zabieganej Ani... cały rok w biegu  Teraz, kiedy mamy Święta, przyszedł czas na chwilę oddechu i spokoju  

Tak też wyglądał dziś mój bieg. Bez liczenia kilometrów, czasu... Byłam tylko ja, droga i moje myśli  Pomijam kierowców pukających się w czoło na mój widok  W każdym bądź razie postanowiłam dziś pobiec odświętnie, bez rygoru, jaki narzuca trener Bo życiówki życiówkami, ale przyjemność z samego przebierania nogami też musi być  Nie ma nic lepszego niż bieg w rytm właśnych myśli i oddechu. Lewa, wdech, bit serca, wydech, prawa... aaahhhh 

I tak biegnąc sobie dziś beztrosko zaczęłam analizować swoje życie... a było nad czym mysleć! I wiecie co? Z czystym sumieniem muszę przyznać, że ten rok jest naprawdę wyjątkowy. Pod każdym względem. Oczywiście były momenty zwątpienia, czy drobne upadki... ale kto ich nie ma? To właśnie te sytuacje umacniają nasz charakter.

A dlaczego ten rok jest taki wyjątkowy? Bo przede wszystkim robię to, co kocham. Spełniam się w tym i czuję się szczęśliwa. Wyznaczam cele i spełniam swoje marzenia. Po zdobyciu jednego "szczytu" nie spoczywam na laurach, lecz rzucam sobie kolejne wyzwanie. Szkoda czasu na lenistwo  Choć przyznaję, że i ono czasami mnie ogarnia. W końcu jestem człowiekiem 

W każdy swój cel wkładam 200% energii i jeszcze więcej serca. Czerpię z życia garściami i mam wrażenie, że dopiero zaczynam łapać wiatr w żagle!

Gdzieś w połowie roku moje drogi zbiegły się z Pawłem - trenerem, dzięki któremu każdy kolejny bieg zakończony jest życiówką. Dzięki niemu moje życie nabrało prędkości. Oprócz niego jest jeszcze Leszek, który pracuje nad moją siłą i motywuje, jak nikt inny Dziękuję Wam chłopaki!!!!!!   

Jak już życie nabrało prędkości, zamieniło się w karuzelę... istny rollercoaster!!! Oczywiście w najbardziej pozytywnym znaczeniu  Przestałam już cokolwiek planować, bo życie zaczęło mnie tak zaskakiwać, że nie nadążąłam sama za sobą. A co zabawniejsze, wszytko dzieje się samo, bez specjalnego zabiegania o dane sytuacje. W życiu nic nie dzieję, się bez przyczyny i wszystko ma swój logiczny sens... jedno wynika z drugiego  Pisałam już o tym, przy okazji pierwszych urodzin bloga, ale z chęcią to powtórzę 

Bo kiedy robisz to, co kochasz, jest to doceniane i w jakimś stopniu nagradzane. Choćby uśmiechem i dobrym słowem 

Tyle sobie nadumałam dziś podczas biegania. Przybiłam luźną piąteczkę z myślami i łapiąc kolejny oddech, stwierdzam:

KOCHAM ŻYCIE!!! I JESTEM Z NIEGO DUMNA 

Przede wszystkim dlatego, że sama wyznaczam jego tor  Tylko od nas zależy, jak będzie ono wyglądać 

I na koniec tylko zacytuję pewną bardzo mądrą osobę, która w jakiś sposób wpłynęła ostatnio na moje życie:

"Jeżeli wybierasz się na Księżyc, mierz w Marsa!!!"

I tego Wam wszystkim życzę 

sobota, 21 grudnia 2013

Strzelce! Ustrzelona kolejna życiówka ;)


"Nawet gdy czujesz strach, albo już nie masz sił, musisz dotrwać do końca, choćbyś miał tu paść na ryj!"

I tak właśnie było... ogień!!!!! Ostatni bieg w tym roku - kolejny wyścig z czasem  Będę nudna w tym, ale znów jest życiówka  Choć łatwo nie było, walczyło się do końca! 3/4 trasy to otwarta przestrzeń, gdzie wiatr skutecznie hamował prędkość... momentami miałam wrażenie, że biegnę w miejscu! Co więcej, biegnąc w tych warunkach pod górkę, zginało mnie w pół od siły wiatru  za to wybiegając z tych wietrznych terenów, wbiegało się na ostatnią prostą w terenie zabudowanym, gdzie nagle hamulce puszczały 
i predkość rosła 5-krotnie  Biegłam z Anitą razem przez całe 15 km. Kiedy ja zwalniałam, ona mnie podciągała. Kiedy ona odpuszczała, ja ją podkręcałam. A na mecie dałyśmy naprawdę czadu  Tak darłyśmy asfalt, że aż się kurzyło za nami  To był piękny finish!!! Wzajemna mobilizacja to podstawa! 
Generalnie cały wypad był niesamowity! Dawno się tak nie uśmiałam  Ekipa na najwyższym poziomie  Dołączył do Nas Przemek ze sklepu www.kadencja180.pl, gdzie możecie znaleźć mnóstwo profesjonalnego sprzętu dla biegaczy. Polecam z całego serca!!! Bo nie tylko sprzęt jest ciekawy, ale i sam Przemek profesjonalnie służy dobrymi radami  do znalezienia także na fejsie 

Przy okazji udało się poznać kilka osób, które systematycznie odwiedzają mojego bloga  Dzięki za miłe słowa!!!!!! Choć czasu było niewiele na pogaduchy, bo jak zwykle wpadłam na start zakręcona  jednak spotkania tego typu zawsze są miłe i dziękuję za to, że jesteście!!! Przy okazji gratulację Wam świetnych wyników!!!  Naprawdę nie było lekko 

Po wszystkim przyszedł czas, by nacieszyć się gwarem i sielską atmosferą wśród całej watahy biegaczy  Kocham takie spotkania  Pełne energii, humoru, pasji i przede wszystkim pozytywnie zakręconych osobowości!!! Biegacze to fajni ludzie 

sobota, 14 grudnia 2013

Górka śmierci cz.3 ;)



Dzisiejszy trening był raczej z tych morderczych... trzecie podejście na górkę śmierci  Ale...

Tym razem 10 km w ramach rozgrzewki i... 10 góreczek na 90% możliwości! Z dopiskiem od trenera:

"Pamiętaj! Ryjesz brodą o ziemię "

A co ja na to? Chyba Ty! hahaha  Nie dam mu tej satysfakcji  Od dłuższego czasu trener się odgraża, że zostanę żoną Hadesa, a ja bronię się przed tym udowadniając, że Hades to może co najwyżej mi buty wyczyścić  No ale do zadania należy podejść rozsądnie. Wybiegam w obwodnicę i luźna dyszka przeleciała mi tak szybko, że nie zdążyłam o niczym pomyśleć Dobiegam do góreczki... chwila na rozciąganie  i znowu te dziwne spojrzenia ludzi na moje wypięte figury  No dobra... czas zmierzyć się z kolejną dyszką... wiedziałam, że lekko nie będzie! Ale nikt nie mówił, że miało być 

Pierwszy podbieg poszedł gładko. Tak samo, jak kolejne 4... myślę sobie: pffff... też mi coś lajcik  6 podbieg już był cięższy, a przy 7 czułam tą cholerną gorycz w ustach! Pocieszam się w myślach stwierdzając, że większa połowa za mną...

Okazało się, że obserwowało mnie 3 chłopaczków. Na oko po 9-10 lat mieli. Jeździli na hulajnodze i widząc, jak raz za razem wbiegam i zbiegam z tej cholernej górki, postanowili się ze mną zmierzyć... Trochę się bałam, że spuchnę przy nich. W końcu mieli hulajnogi, a ja... tylko nogi, albo aż! Raz się żyję maleńka... jedziesz!!!
Ruszyliśmy i małolaty od początku miały przewagę. Jednak im wyżej na szczyt tym było im ciężej i wyraźnie słabli. Trzeba jednak przyznać, że walczyli mocno  Wygrana zdecydowanie była po mojej stronie, bo nie wjechali na sam szczyt  ups... jak mi przykro  8 podbiegów za mną... uda mnie piekły tak mocno, że jakby ktoś mnie suchymi liśćmi obrzucił, to pożar mógłby się pojawić  Jeszcze tylko 2... najgorsze! Przy 9 podbiegu miałam wrażenie, że ktoś wydłużył ścieżkę i znów ta gorycz w ustach...  Wbiegłam z wielkim trudem, ale nie poddawałam się!

Miałam ogromną motywację, by walczyć dalej  Otóż dokładnie za 4 miesiące (13.04.2014) stanę na linii startu Rotterdam Marathon!!! Czasu zatem mam niewiele, a pracy przede mną wciąż sporo 

Jest jeszcze drugi cel, o którym Wam nie powiem  Przynajmniej na razie  Ale wymaga równie sporo poświęceń, bólu i wytrwałości. Wsparcie wskazane 

Mając w głowie tak ogromną motywację, zaliczyłam 10 podbieg, dając z siebie max możliwości 

Byłam z siebie cholernie dumna!!!!! Tak bardzo, że droga powrotna okazała się być zbawiennym relaksem. Pozwoliłam sobie na małe przyspieszenie  Musiałam strasznie głupio wyglądać ciesząc się sama do siebie w trakcie biegu  Trudno 

Tym sposobem nabiegałam w sumie 14 km w całkiem niezłym czasie (jak na mnie) - mam nadzieję, że tym razem trener będzie rył brodą o ziemię - z zachwytu 

Łydki mi dalej pulsują, a uda mam wrażenie, że wylały się z betoniarki. Żołądek jest przemielony, oczy już gotowe do snu  i tylko został jeden odruch bezwarunkowy... uśmiech 

fot. http://kozak-anna.flog.pl/

czwartek, 12 grudnia 2013

Pobudkaaaaa!!!!!!! :D



No ładnie... zaspałam na trening! Nie będę pokazywać palcem przez kogo, bo nie wypada  Miałam iść wcześniej spać, jeszcze celowo dzwoniłam do kołcza, bo coś szablon pusty, nie wiem czy moge spać, czy z rana wstawać...

Ja: Siema, biegam jutro?
Trener: Jasne! Co za pytanie...
Ja: Bo szablon pusty jeszcze, nic nie wpisałeś, a chcę już spać
Trener: No... to jutro króciutki dystans, zrób 12 km 

Ekstra  nastawiam budzik i z zamiarem szybkiego wyłączenia komputera, sprawdzam pocztę, fb bloga, zaczynam odpisywać na zaległe wiadomości i czas uciekł... gdzieś pobiegł już w krainę snów podczas gdy ja jeszcze męczyłam głowę. 

W końcu padłam... rano budzik był bezlitosny! Wyłączyłam go z myślą "jeszcze tylko 5 minut..." i kolejny raz okazało się, że 5 minut trwa 2 godziny  

Teraz to już wszystko było w biegu, nawet trening! Na wschód słońca się nie załapałam... ale za to w pięknym słońcu mogłam dobudzać się i wietrzyć czachę z koszmarów nocnych! A koszmar był dziś straszny... 

Śniło mi się, że zniknęły wszystkie moje medale z biegów... tak po prostu, nie było ich  a miejsce, w którym zawsze wisiały było przeraźliwie puste  

Wystarczyło 12 km by zapomnieć o koszmarach i z uśmiechem zacząć dzień  

W tym pośpiechu zapomniałam o spiętym udźcu, który okazało sie, że nabawił się tylko zakwasów mimo wszystko rozciąganko obowiązkowe 

środa, 11 grudnia 2013

Gen. Roman Polko

Tym razem zaatakowałam pytaniami Generała Romana Polko, człowieka o niesamowitej sile charakteru i wielkim sercu :)

Zapraszam do lektury:

==>> Gen. Roman Polko

piątek, 6 grudnia 2013

Orkan Ksawery, czyli gość specjalny na treningu ;)

Orkan Ksawery to całkiem spoko gość  Fakt, wyszumiał się w nocy chłopaczyna i rano już na półgwizga leciał, a podobno jeszcze cały dzień musi wytrzymać... chyba źle rozłożył siły!  hehehe amator 


Trening zaliczony  rytmy na lekko oblodzonym asfalcie na 90% możliwości... generalnie pierwsza, luźniejsza część biegu była z wiatrem  przybijałam z Ksawerym piąteczki i gwizdaliśmy na tych, co lenią się i nie chcą wyjść pobiegać  Pełne porozumienie! Wszystko było fajnie do czasu, gdy wbiegliśmy w szczere pole... Ksawery pokazał swoją drugą twarz! Brutalniejszą i ostrzejszą... Lekko nie było! Jakkolwiek to zabrzmi... Przeleciał mnie na wszystkie strony  tu pojawił się kobiecy FOCH! (z przytupem) i zaczęłam mu uciekać  Szarpał mną, groził, rzucał na boki, a ja mu pokazywałam plecy.

Trochę udało mi się go zmylić  Przyszedł czas na przyspieszenia, a więc chwila rozciągania się należy. Biedny nie wiedział o co chodzi  To ja mu pokazałam o co chodzi  Tu już się rzucał w twarz... już nie był taki milutki, jak na początku... typowy facet! Zawsze się starają na początku, jest miło, ekstra, a później... eeeeehh  brak słów 

Przyspieszenia się udały, mimo wszystko  Pokazałam Ksaweremu gdzie raki zimują i nabrał pokory  Tak czy siak... dostał ode mnie po gwizdku. Później w ramach przeprosin już tylko głaskał po plecach  Wolałam jednak udać jeszcze troszkę obrażoną i uciekłam do domu  a co, niech se nie myśli, że jak jest silny to mu wszytsko wolno  

środa, 4 grudnia 2013

1 urodziny Zabieganej! :*

Dokładnie rok temu zrodził się pomysł stworzenia bloga – zabieganaania. Początkowo celem było pisanie dla siebie i znajomych. Z czasem przerodziło się to w coś większego. Okazało się, że oprócz znajomych jednak ktoś jeszcze to czyta :) Co więcej zaczęło Was przybywać! Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że będzie taki odzew i jest mi bardzo miło, że w jakiś sposób mogę Wam umilać czas swoimi wypocinami ;) Przez ten rok zaangażowałam się w świat biegowy na tyle, że nie wyobrażam sobie, by kiedyś miało być inaczej. Biegacze to specyficzna grupa ludzi, mówi się, że to odmienna rasa ludzka :P Jakby nie było, przyjaźnie, bądź zwykłe znajomości, jakie nawiązałam przez ten czas, właśnie dzięki bieganiu, zostawiają trwały ślad. Jak w życiu, tak i tu trafiamy na różnych ludzi. Każdy z nich, mniej lub bardziej, wnosi coś w nasze życie. Przede wszystkim mnóstwo pozytywnych emocji i radości :) Dzięki temu ta strona ma właśnie taki charakter. Bo jest odzwierciedleniem mojego życia, mojej osoby i mojego serca ;)
Prawda jest taka, że jak się coś lubi/kocha, to wszystko przychodzi łatwiej. Czasami coś wynika z czegoś i dzieję się samoistnie. Bez zbędnych starań czy zabiegania o to. Jeżeli w pasję wkłada się całe serce, zostaje to prędzej czy później docenione. Troszkę onieśmielona przyznam, że zostałam doceniona. Nawet bardzo. Może na niektórych liczby nie zrobią wrażenia, ale na mnie robią, bo nie spodziewałam się takich efektów. Zakładając bloga kompletnie nie myślałam o tym, co będzie, jak będzie i dlaczego. Po prostu sobie pisałam. Liczba osób na facebook’u zbliża się do tysiąca! Liczba odsłon bloga przekroczyła 16 tysięcy. Przy czym muszę się przyznać, że początkowo bardzo zaniedbywałam bloga… od niedawna ma on w końcu jakiś konkretny kształt i wyraz - wiem, wstyd! Ale wciąż się uczę i dopiero nabieram rozpędu ;) Jeszcze bardziej cieszy fakt, że moje treści docierają do odbiorców z różnych zakątków świata :D To dzięki Wam ta strona żyje i wciąż się rozwija! Za co bardzo dziękuję :) :) :) Pisać będę dalej, bo to uwielbiam ;) Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną, żebym miała dla kogo pisać :P Ewentualnie, jak już Was zanudzę, to zawsze mogę wrócić do pierwotnej wersji pisania, czyli dla siebie i znajomych :P

Z okazji pierwszych urodzinek bloga postanowiłam dziś ponownie wstać o mniej ludzkiej porze i przywitać wschód słońca w biegu ;) Do tej pory tylko latem biegałam o takich godzinach, by uniknąć upału. Dziś wybiegłam świadoma mrozu i zachęcona przez Małgorzata Nowak - HI RUN malowniczym pięknem natury ;) Pozazdrościłam jej wczorajszej scenerii biegowej i dziś sama wyruszyłam w trasę, by nacieszyć oczy wschodzącym słońcem. Dzięki Gosiu za mobilizację! :*  Dla takich chwil warto żyć, biegać i uśmiechać się :)





piątek, 29 listopada 2013

Komin termoaktywny NESSI

Mroźne powietrze zmusza do cieplejszego ubioru. Również i do zadbania o nasze drogi oddechowe. Podczas biegania, niezależenie czy oddychamy nosem czy ustami, wdychamy mroźne powietrze. To niestety może prowadzić do szybkiej choroby. Nessi dba o biegaczy i w swojej ofercie prezentuje komin termoaktywny, który nie tylko osłania, ale i ogrzewa. Rozmiar jest uniwersalny zarówno dla panów, jak i pań. Do wyboru mamy 7 energetycznych kolorów, które pozwolą przełamać rutynę zimowej szarości.

Komin to kawałek materiału o wymiarach 48 cm x 25 cm zszyty w jednym miejscu. Szwy są płaskie w związku z tym nie odczuwamy ich podczas użytkowania. A jak można użytkować? Komin można nosić na kilka sposobów. Jego elastyczność pozwala na różne kombinacje, z których wyjdzie nam czapka, kominiarka, opaska, szalik, czy najpopularniejsza maska zakrywająca twarz. Osobiście wolę wersję czapki i maski osłaniającej usta i nos.

Zewnętrzna część materiału jest kratkowana, co równoważy jego oddychalność z wiatroszczelnością. Wewnętrzna część jest lekko ocieplana, a przy tym bardzo przyjemna w dotyku dla skóry. Kiedy wraca się z intensywnego treningu czuć, że części twarzy, które zakrywamy są delikatnie ocieplane. Nie ma więc obaw, że nas przewieje. W trakcie testów sprawdziłam różnicę i komfort biegania zarówno z kominem, jaki bez komina. Zdecydowanie wolę otulić się nim i nie przejmować się, że mnie zawieje i będę chodzić sztywna ;)

O ile zewnętrzna część komina jest śliska, to wewnętrzna ma dobrą strukturę, która pozwala na trzymanie się materiału w miejscu. Wiadomo, że podczas aktywności wykonujemy mnóstwo ruchów i materiał może się lekko zsuwać. Każdy z nas ma różną budowę i często jest to kwestią techniczną, jak ułożyć komin, by trzymał się najsolidniej ;)  

==>> Sklep Nessi

czwartek, 28 listopada 2013

Górka śmierci :)

Patrząc na plan od trenera śmiem twierdzić, że skończyło się truchtanie, a zaczęło konkretne trenowanie  

Luźne 7km + podbiegi na 90% możliwości... było piekło! Uda się paliły i nawet mroźne powietrze nie nadążało ich chłodzić  a im wyżej wbiegałam tym mocniej czułam, jak żołądek przemielony podchodził do gardła 

W takim ładnym stylu przywitałam się dziś z Górką Śmierci słynna opolska góreczka, z której wróciłam sponiewierana i zajechana... uwielbiam to zmęczenie 

Oczy już mi się same zamykają 

Przygotowania na sezon wiosenny uważam za rozpoczęty  Cel jest konkretny - Rotterdam Marathon poniżej 4h 

Przede mną duuuuuuuużo pracy!  Ale bez pracy nie ma efektów 

poniedziałek, 25 listopada 2013

Bielizna termoaktywna Nessi - testy

Pogodynki straszą pierwszym śniegiem… że niby już, lada moment na kolejne tygodnie lub miesiące zniknie piękna zielona trawa, a pojawi się ten biały, zimny puch, który niekoniecznie wszystkim odpowiada. A co na to biegacze? Cieszą się! A co… mamy płakać? Przecież nie ma złej pogody, są tylko słabe charaktery! I zły ubiór ;)


Na ubraniach się skupię, bo są bardzo istotne. Zwłaszcza, że nasza polska zima, zmienną lubi być i nie zawsze tak piękną, jak na obrazkach ze św. Mikołajem ;) Jest gorsza niż kobiece nastroje! Raz urocza, biała i niewinna, skąpana w pięknym słońcu, a innym razem wieje chłodem, nachmurzona, szara, bura… temperaturą też nas nie będzie rozpieszczać. Biegacze to jednak specyficzna grupa, która z każdego minusa (nawet tego na termometrze) potrafi zrobić plus. Jak?
Wystarczy, że zadbamy o odpowiednią temperaturę naszego ciała. Tu przyda się odzież termoaktywna. Technologia tego typu odzieży jest tak skonstruowana, by w trakcie treningu, gdy się pocimy, nie doszło do wychłodzenia organizmu.

Firma Nessi proponuje zestaw bielizny termo aktywnej: getry + bluza.
Precyzja wykonania sięgnęła zenitu. Jak zwykle :) Chyba nie będę się powtarzać i po raz kolejny rozwodzić w tym temacie. Jakość produktów firmy Nessi zasługuje na złoty medal. No ale przejdźmy do konkretów…
Czym zauroczyła mnie ta bielizna? Innowacyjnością, funkcjonalnością i przede wszystkim prostotą.
Dual Thermo – podwójna warstwa termoaktywna. Pierwsza, wewnętrzna odpowiada za odprowadzanie wilgoci od skóry. Druga zaś (zewnętrzna), rozprasza ją na swojej powierzchni, dzięki czemu schnie błyskawicznie. Takie 2 w 1 – ochrona przed chłodem i podtrzymywanie optymalnej temperatury ciała. To najistotniejsze elementy. Nie wyobrażam sobie, by pocić się na mrozie i zamarzać. To odebrałoby przyjemność biegania.
Aby odczuć efekty tej technologii, ważne jest, aby bielizna była jak druga skóra. Nie ma uwierać czy uciskać, ale swobodnie przylegać do ciała i je oplatać. Dodatkowo zastosowano (jak w wielu innych produktach tej marki) płaskie szwy, które chronią przed otarciami. Dzięki wykorzystaniu mapowania ciała bielizna doskonale dopasowuje się do sylwetki.
Producent zadbał również o odpowiednie kanaliki w miejscach intensywnej potliwości. Pozwala to swobodnie oddychać naszej skórze. W miejscach, gdzie potrzebna jest zwiększona ochrona termiczna, zastosowano specjalne sploty, by zwiększyć odporność na wychłodzenia. Takie rozwiązania znajdziemy w okolicach kolan, łokci oraz na ramionach i nogach.

I perełka, jak dla mnie – najważniejsza :) Ochrona antybakteryjna i antyalergiczna, która powoduje szybkie odprowadzanie wilgoci. Gdy się pocimy bielizna staje się dobrym środowiskiem do rozwoju bakterii. Dzięki tej technologii pot nie zalega i nie wżera się materiał. Zapobiega to powstawaniu nieprzyjemnych zapachów. Niestety już miałam takie przypadki w bieliźnie innej marki. Po sezonie intensywnych treningów bluza była dosłownie zajechana. Pot tak się wżerał w materiał, że nawet po wyciągnięciu z pralki, wciąż czułam smrodek potu. W przypadku Nessi – odetchnęłam z ulgą. Skończyły się problemy zapachowe. Co więcej - zastosowane materiały nie powodują alergii. To też jest ważne, ponieważ w obecnych czasach coraz więcej osób cierpi na uczulenia i alergie.
Logiczne jest, że na mróz nie wyjdziemy w samej bluzie termoaktywnej. Tak samo, jak jedna jaskółka wiosny nie czyni, tak samo jedna bluza nie uchroni nas przed zimnem. Jednak to, co założymy, jako drugą warstwę ma duże znaczenie. Powinna być równie oddychająca i chroniąca przed przewianiem, co bielizna. Jeśli założymy kurtkę, która nie oddycha i nie ma dobrej cyrkulacji… ukisimy się jak ogórki we własnym pocie. A tego nie chcemy :)  Ponadto producent podaje, że bielizna sprawdza się w temperaturach, nawet do -25 stopni. Osobiście, jeśli temperatura spada poniżej -15, nie wychodzę biegać w teren. Chyba, że jest piękne słońce, to wtedy jestem w stanie się skusić. Ale przy szaro-burej aurze nie ryzykuję już i z nosem spuszczonym na kwintę wyruszam na bieżnię mechaniczną… nie jestem jednak hardcorem ;) W każdym bądź razie, nie miałam jeszcze okazji sprawdzić odzieży w takich temperaturach. Przy porannych przymrozkach, jakie już nie raz atakowały – bielizna sprawdziła się.


I jest tylko jeden minus… nie do końca wiem czy wynika on z mojej strony czy strony producenta. Otóż miałam kłopot z doborem rozmiaru… tak, on ma znaczenie ;) Jestem osobą niską, ale z pewnością nie filigranową. W związku z tym miałam kłopot z rozmiarem. Szczerze mówiąc, od zawsze miałam z tym problemy. Spodnie w rozmiarze „S” (przy wzroście 157cm) były za małe. Wymieniłam na rozmiar „M” i na długość są idealne. Mają za to bardzo wysoki stan, co generalnie uznałabym za plus. Zapewnia to doskonałą ochronę okolic nerek i pleców, które są mocno narażone na owianie. Bluza zaś w rozmiarze „S” wydawałoby się, że jest dobra. Leży swobodnie, nic nie ugniata, nie uwiera... tylko jakby lekko za krótka jest. Rozmiar „M” zaś jest zdecydowanie za duży, choć na długość już było lepiej. Dół bluzy powinien sięgać do połowy pośladków. „S” kończy się u mnie już w pasie, co powoduje, że się podwija. Rozwiązanie znalazłam dość proste. Wsadzam bluzę w spodnie i wszystko trzyma się na miejscu. Jednak jest prośba do producentów: by bluza miała ciut dłuższy dół :) wtedy będzie perfekcyjnie :) Choć, jak wspomniałam, nie jestem pewna czy to ja mam nierówne wymiary ;) Na stronie znajdziecie tabelę rozmiarów, która ułatwi wam wybór.
Gorąco polecam!


niedziela, 24 listopada 2013

Rywalizacja na trasie

Dziś leniwa niedziela :) 

Po wczorajszym starcie odpoczynek się należy, jak psu buda! :) Ale... męczy mnie ciągle sytuacja z wczorajszego biegu...

Otóż, w pewnym momencie, gdzieś mniej więcej na 8 km trasy zaczęłam doganiać pewnego pana (na oko miał może z 50-60 lat). Generalnie obrałam taktykę z maratonu i wystartowałam na końcu, by na przestrzeni całego dystansu spokojnie i jednostajnie wyprzedzać resztę zawodników. Tak też było. Pomału i sukcesywnie mijałam każdego nie męcząc się przy tym  jakoś specjalnie. Wczorajszy bieg był na dużym luzie. Oprócz jednego momentu. No właśnie...




Doganiam pana. W momencie, gdy zauważył, że chcę go wyprzedzić, strasznie się spiął i przyspieszył nie pozwalając mi na wyprzedzanie. OK, jest rywalizacja. Różnica jednak była taka, że ja miałam oddech spokojny i miarowy. On sapał, jak parowóz i bałam się, że coś mu się stanie... Spokojnie sobie przyspieszałam z sekundy na sekundę, ale on nie dawał za wygraną. Mało tego siedział mi na plecach tak mocno, że mało mnie szlag nie trafił! Czułam się, jak na rajdzie samochodowym, kiedy to auta zderzają się o siebie w celu wyrzucenia przeciwnika z trasy! Był tak blisko, że mogłam mu dać z łokcia... ale to byłoby niesportowe zachowanie :/ Chociaż jego wcale nie było lepsze...mama jednak uczyła szacunku do starszych, więc łokcie trzymałam przy sobie. Odbiegłam kawałek od niego, na pobocze, a on znów mi biegnie na plecach! Przed nami ostry zakręt... to sobie myślę, że tu go zgubię... ale niestety! On uknuł to inaczej... wszedł mi w zakręt tarasując trasę, co nie ukrywam dość mocno mnie zdenerwowało... :/ przyspieszyłam już konkretniej, by go zgubić, ale ten nie odpuszczał. Mało się nie zapluł przy tym, bo przecież, jak facet mógłby dać się wyprzedzić kobiecie... pomijam, że cały czas mi smarkał pod nogi, z czego połowa glutów zostawała mu na wąsach i tak z tym biegł... fuuuuuuujjjjjjjj... :/ Kiedy on się zamęcza dorównując mi za wszelką cenę tempem, ja poirytowana jego zachowaniem obmyślam plan. Facet ma cały asfalt dla siebie. Niech sobie biegnie, niech rywalizuje, ale niech nie siedzi mi tak na plecach!!! Zwolniłam i przebiegłam na drugi koniec jezdni. Miałam nadzieję, że on zostanie na swoim miejscu. Ale nie... szybko zmienił pozycję i znów znalazł się przy mnie... :/ Naprawdę musiałam się hamować, żeby mu nie wykrzyczeć czegoś w nerwach. W życiu nikt mnie tak nie zdenerwował na zawodach... Ewidentnie grał mi na nerwach! Dziad...I wyklinam sobie w głowie i odgrażam się, że ja ci jeszcze pokażę, jak się biega... 

Wzięłam go sposobem... wiedząc, że będzie walczył i nie pozwoli się wyprzedzić :) przyspieszyłam dość mocno. Zasapałam go solidnie, mimo że nie odpuszczał. Jego oddech błagał o litość, a ja podkręcałam tempo :) Kiedy już miał dość, zwolniłam,a po chwili zatrzymałam się. Chyba myślał, że odpadłam... a ja dopiero nabierałam rozpędu :D Kiedy on stracił czujność, ja wystartowałam w konkretnym tempie i plecy, do których tak mocno się przyczepił, mógł już tylko obserwować, jak oddalają się od niego :)

Tak się biega! 

Walka ta toczyła się przez 2-3 km. Kolejne 2 km potrzebowałam, by uspokoić nerwy. 

KOSMOS! Facet nieźle mnie zmęczył psychicznie... :/ Ja jego zajechałam kondycyjnie... Na mecie śmiał się, że dobrze biegam... przynajmniej gluty wytarł z wąsów :/