środa, 26 lutego 2014

Mobilizacja!!!

Ale się posypały wyzwania  kolejne 2 do wykonania  wczoraj zaliczyłam pierwsze wyzwanie, które jest odpowiedzią na picie piwa na Facebook'u. Biegacze wymyślili swoją wersję i należy nagrać swój trening, po czym wyzwać na pojedynek kolejne osoby. Dostałam kolejne wyzwania czyli 5km o wschodzie słońca i utrzymanie się w pozycji z jogi przez minutę. Podoba mi sie ta zabawa  na szczęście dostałam dłuższy czas na wykonanie, bo noga po wczorajszej przebieżce daje mi popalić... to się nazywa poświęcenie!  wieczorny crossfit, mimo że spokojniejszy i raczej tylko siłowy, też dorzucił swoje do bólu i teraz... masz babo placek
 Pięta boli nadal, achiilles również, pzrez co przerwa w bieganiu jest obowiązkowa!


Za to dzisiaj od rana trening na basenie. Jechałam trochę, jak na skazanie... sama nie wiem czemu. Już na wejściu była kupa śmiechu, bo trener przyuważył mnie w korytarzu i...

- Co to za zombi idzie? Pobudka!
- Nie krzycz tak... śpię jeszcze!
- Nie ma spania! Biegałaś rano?
- No właśnie nie...
- I wszystko jasne!  za 3 minuty widzimy się w wodzie

W wodzie faktycznie się rozbudziłam, bo miałam wrażenie, że miała ujemną temperaturę 

Dawałam dziś z siebie wszystko, a nawet więcej...

...iiiii.... Kraul opanowany!  Kolejny raz zaskoczyłam trenera, który sądził, że nauka stylu zajmie mi więcej czasu, a tu krok milowy do przodu  może nie jest to jeszcze idealny kraul, ale to się wypływa 

Kolejne +5 do mobilizacji!!!!!!!

sobota, 22 lutego 2014

Słabostki ;)

Od rana na pełnych obrotach... 

Tysiączki w tempie 4:50/km x5. I znów to uczucie dziwnego chłodu w żołądku! Na czwartym przyspieszeniu miałam wrażenie, że drzewa się ze mnie śmieją  Starałam się utrzymywać tempo tak, jak robiłam to z trenerem. Musiałam sie wspomóc lekkim dopingiem i w głowie leciały ciągle słowa "dam radę, dam radę... dasz radę! Cholera! Anka DAJ RADĘ!!!" Wytrwałam do końca  Dumna i szczęśliwa  Bo trening był naprawdę ciężki... a to nie koniec!

Chwila na ogarnięcie i czas na basen z trenerem, który okazał się świetnym obserwatorem. Albo to ja jestem słabą aktorką  Już na dzień dobry ogarnęła mnie jakaś niemoc, której źródło było w głowie. Robiłam to, co mi kazano, ale jakoś tak... jak nie ja. Zawsze byłam roześmiana, a dziś na twarzy zamiast uśmiechu było zrezygnowanie  Taką zmianę nawet facet zauważa! Tym bardziej, że unikałam, jak ognia kontaktu wzrokowego, bo zwyczajnie walczyłam, żeby nie wypłynęły ze mnie emocje... nie do końca mi wyszło, ale sądziłam, że w basenie, gdzie wody jest dużo, zostanie to nie zauważone To, że zostałam przyłapana na zwyczajnej babskiej niemocy i słabości rozzłościło mnie jeszcze bardziej i nie poprawiało to stanu mojej psychiki. Jakoś trzeba było zebrać się do kupy i cisnąć dalej pływanie... trening też do lekkich nie należał.

Gorszy dzień zdarza się każdemu, ale jakoś dałam radę 

Kolejny kilometr zaliczony! I pomyśleć, że jeszcze miesiąc temu bałam się zanurzyć w wodzie... 

niedziela, 16 lutego 2014

Koniec treningów w Spale!

Ostatni trening z Pawłem zaliczony  

Po wczorajszym masażu ud, podczas którego poznałam nowy wymiar bólu (chciał mi połamać uda!!!) - nie bedę ściemniać, że byłam twarda... bolało, jak cholera! Darłam się jeszcze bardziej niż na masażu łydek...  w związku z tym, dziś każdy krok mnie bolał podczas chodzenia, a co dopiero przy bieganiu!!! 

Zaciskając zęby z bólu biegłam tak, jak nakazywało tempo  nie było marudzenia i błagania o iltość, bo... zwyczajnie chciałam dać z siebie max możliwości pod czujnym okiem trenera. 

Nie odpuszczałam, przyspieszałam, dawałam się podpuszczać, by za chwilę jeszcze bardziej przyspieszać i można powiedzieć, że zwyczajnie mieliśmy świetną zabawę podczas treningu  

Być może na moją determinację wpłynęła Viola, która dziś biegła razem z nami  Wspólne 12 km było czystą poezją i potwierdzeniem tego, że forma przez ten tydzień poszła w górę  było naprawdę mocne tempo! I mimo, że na pierwszych kilometrach czułam, że będę mieć dziś GAME OVER... to pod koniec wpadłam w lekki trans i gdyby nie to, że ze śmiechu traciłam siły, to mogłabym biec i biec i cały czas biec...  nawet przestał mi przeszkadzać ból w udach  

No ale niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy! Tydzień szybko zleciał i przyszedł czas pożegnać się z tym pięknym miejscem. 

Starałam się wykorzystać ten czas najlepiej, jak sie dało. Nie raz było ciężko, ale po to tu właśnie przyjechałam. Treningi 3 razy dziennie, mnóstwo cennych rad, które chłonęłam, jak gąbka! Poznałam kilka ciekawych osobowości i najważniejszą tajemnicę dietetyczną, która jest lepsza niż sok z gumijagód Podpatrywałam mistrzów i podziwiałam ich możliwości. 

W tym całym czasie treningowym, mimo mocnego tempa, znalazłam też moment na wyciszenie się i zastanowienie, czy w dobrym kierunku biegnę. Od dawna tego potrzebowałam! Bajeczne krajobrazy, cisza, spokój... koiły wysiłek i pozwoliły mi odetchnąć, zwolnić i podjąć kilka ważnych decyzji, a raczej utwierdzić w przekonaniu, że ich podjęcie będzie słuszne  Bo w życiu trzeba robić to, co się kocha  

Czas wrócić do rzeczywistości. Z poczuciem spełnienia i uśmiechem na ustach. To był dobry czas. Za co dziękuję Trenerowi, który wiele wniósł w ten czas  nie tylko dawkę bólu, ale i solidnego humoru   

Nie słodząc mu za dużo... dodam tylko, że to Trener z pasją, sercem (Tak! czasami je okazuje :D) i przede wszystkim z ogromną wiedzą, którą potrafi w fajny sposób przekazać  

Mam nadzieję, że uda mi sie tu jeszcze przyjechać! Bo do takich miejsc warto wracać  

piątek, 14 lutego 2014

Walentynkowo - treningowo :)


Po wczorajszym masażu miałam spory kłopot, żeby wyjść dziś na trening... Jakiś walec po mnie przejechał! 
Wstać? Nie wstać? Głupie pytanie... Oczywiście, że wstać! Tylko nie wiem jak... Podniesienie nóg było mega wyczynem...ktoś mi odciął prąd! 

Była tylko jedna możliwość, by przywrócić nogom moc:

BIEGANIE!!!   

To lek na wszystko  na ból, na smutki, złości i radości Zawsze jest przy Tobie, jak najlepszy przyjaciel  nie karci, nie komentuje, nie obwinia, nie obraża się... Za to doskonale poprawia nie tylko nastrój, ale i całe życie zamienia w piękną bajkę 

To jest pasja, miłość...jedna jedyna i bezwarunkowa 

Dlatego też nie wyobrażałam sobie, by w takim dniu odpuścić bieganie 

Jak zwykle nie pożałowałam  mimo, że pierwszy kilometr był bolesny, to następne były przyjemniejsze 

I teraz, kiedy siedzę, piję kawę i upajam się widokami... czuję ogromne spełnienie 

Bo bieganie to nie tylko klepanie kilometrów na trasie. Ono jest w sercu 


środa, 12 lutego 2014

Umarła w biegu ;)

Emil Zatopek powiedział kiedyś:

"Jeśli chcesz biegać, przebiegnij kilometr… Jeśli chcesz zmienić swoje życie, przebiegnij maraton"


Dzisiejsza wersja tego przesłania brzmi:


"Chcesz zmienić swoje życie, zrób tysiączki z trenerem" - Paweł Grzonka


Nie raz już robiłam tego typu trening, ale ten dzisiejszy miał zupełnie inny wymiar. Przede wszystkim w końcu miałam idealnie odmierzone odległości i nie musiałam biec "na oko". Po drugie - precyzyjnie mierzone tempo, którego też nie umiałam oszacować w trakcie danej chwili. I najważniejszy element: genialny motywator!!! 
Mimo że było ciężko, trener nie pozwolił odpuścić. Wiedział, że potrafię dać z siebie więcej. Kiedy zwalniałam, on popędzał. Miałam trzymać się jego tyłów, niczym wrzód na tyłku. 


"Dawaj Ania! Zajedziemy te tysiączki!" 


Pierwszy km w tempie 4:49/km
Drugi i trzeci około 5:00/km
Czwarty miał być najszybszy... i udało się!!! 4:48/km 


Żołądek miałam już w gardle, a jedyne myśli jakie miałam w głowie to... "szybciej leszczu, nie daj satysfakcji temu co biegnie z przodu!!!"  
Radość z wykonanego zadania jest ogromna  A satysfakcja Trenera to najlepsza nagroda  
Taki Trener to Skarb! Nie tylko mobilizuje, ale także poszerza wiedzę i odkrywa przed nami tajniki treningowe  
Jest radość, jest satysfakcja, jest mobilizacja!  Zmęczenie też jest 


Po porannych tysiączkach był basen. Solidnie i bez przerwy 40 długości w 45 minut... jest jeszcze nad czym pracować!

Wieczorem lekka siłownia, po której nawet piłka lekarska się spociła  żebym nie marudziła, że było za słabo... Kołcz podpuścił mnie i wpuścił na bieżnię lekkoatletyczną 

Biegło się, jak po dywanie...  powietrze dość ciężkie trochę męczyło i po pierwszym okrążeniu już miałam dość... 

Wtedy Judasz (Kołcz) wkroczył do akcji i kolejny raz mnie podpuścił  wyśmiał moje tempo i "zalecił" powtórkę  a dwa razy powtarzać mi nie trzeba  zaliczyłam kolejne okrążenie próbując dogonić Mistrzynię Polski w chodziarstwie... tak szybko szła, że nawet biegiem jej nie dogoniłam  jest niesamowita! Po tym okrążeniu mój żołądek znów zaczął się buntować i wiedziałam, że jak nie odpuszczę to oddam zjedzony wcześniej obiad...


Mówiąc wprost... ZDECHŁAM! Z uśmiechem na twarzy  i mam nadzieję, że rano się podniosę 

poniedziałek, 10 lutego 2014

Pierwszy dzień treningowy w Spale :)

8:00 ustawka z Kołczem pod "Golden Chicken" zwane dalej Delikatesami  Pogoda nas nie rozpieszczała. Po nocnej ulewie zastaliśmy śniegową breję, która przy temperaturze 1 stopnia nie tworzyła przyjaznej nawierzchni  W sumie to dalej padało...

Ale... jak wiadomo, pogoda nie ma znaczenia Ważne, że humory dopisywały i to był jedyny element potrzebny do treningu  

Trener zabrał mnie dziś na wycieczkę po lesie, gdzie widoki były niczym z mrocznego horroru... PIĘKNE!!!  Mglisto, deszczowo, szaro, a to wszystko tworzyło bajeczne efekty  Zauroczona spalskimi lasami biegliśmy przed siebie dyskutując i zaśmiewając się na różne tematy  Do tego żwawe tempo, przy którym już momentami wolałam się nie odzywać, by nie tracić energii 

Tak... prosiłam o odpoczynek, ale chyba trener nie rozumie znaczenia tych słów  Do pokonania był podbieg. Długi i męczący... kiedy obróciliśmy się za siebie, nie było widać jego początku  za to droga powrotna była już przyjemniejsza  Co nie znaczy, że nie chciałam oddać śniadania na plecy Kołcza uprzedził mnie jednak, że żeby w niego trafić, muszę jeszcze dobrze celować  Odpuściłam sobie takie atrakcje i w końcu dotarliśmy pod hotel 

Po szybkim ogarnięciu siadam z kawusią i zaczyna wychodzić słoneczko  robi się jeszcze piękniej upajam się każdą chwilą i planuję kolejny trening 

12:00 - Basen! Zasady są takie, że wchodzi się na 45 minutowy trening. Pora odpowiednia, bo tłumów nie było. Podzieliłam się torem z bardzo miłym Panem i ustaliliśmy sobie własne warunki, żeby nikt nikomu nie wchodził w drogę  Pełna kulturka  34 baseny zaliczone 



O 18:00 siłownia i starcie na głównej hali lekkoatletycznej  Wczoraj ją odwiedziłam i jak zobaczyłam prędkości, jakie rozwijają zawodnicy... poczułam się, jak w innym świecie! Niesamowite, ile mają pary w nogach!  To, że mogę podpatrywać takie treningi, to dla mnie zaszczyt! 

Po siłowni czas na masaż  Podobno bolesny i wyciskający łzy...  Dziewczyny na obozie w Hiszpanii juz przetestowały możliwości trenera, dzięki czemu wiem, czego mogę się spodziewać 

A póki co... relaks z książką 

sobota, 8 lutego 2014

Słoneczne bieganie ;)

Słońce i bieganie to ZAWSZE idealne połączenie 
Dziś były piękne warunki i grzechem byłoby z nich nie skorzystać  Cudowne 15 km  Ostatnie luźne przed spotkaniem z trenerem  

Od jutra bedzie szybciej, ostrzej i przede wszystkim z jeszcze większym uśmiechem na twarzy  

Kończę pakować walizki i jutro wyruszam w trasę! Przede mną tygodniowy obóz biegowy w Spale Oczywiście pod czujnym okiem trenera Paweł Grzonka 

Teraz nasz Kat będzie miał okazję osobiście zrobić ze mnie żonę Hadesa  Czy mu się uda...?  czas pokaże 

P.S.
Nie mogę się już doczekać jutra!!!!!!    

czwartek, 6 lutego 2014

Pierwszy km przepłynięty :)


Ogień w wodzie... czy to możliwe? Oczywiście Wszyscy wiemy, że nie ma rzeczy niemożliwych 

Dzisiejszy trening na basenie to był jakiś rollercoaster! Pamiętam słowa trenera po pierwszym spotkaniu:


- Podobało się?
- Jasne! Fajnie było!
- To dobrze, bo bedzie ciężej!

Bardzo cenię sobie słownych ludzi... a trener dotrzymał słowa  Co lekcję poprzeczka szła do góry. Troszkę się poznaliśmy z trenerem przez te kilka godzin w wodzie i doskonale wiedział, ile może ze mnie wycisnąć mocy 


Dziś wyciągnął ze mnie chyba wszystko... a nawet więcej! Miałam ochotę kopnąć basen w wodę, co najmniej, jakby miało mi ulżyć od tego 


Nie było litości, że zmęczenie, że oddechu brakowało, że wody się znowu opiłam, że ręce już nie dają rady... mimo, że uszy pod wodą zapakowane hermetycznie w czepku, to i tak ciągle w głowie huczał jego głos "Płyń!!! Szybciej rękami machaj!!" No i Ania machała posłusznie... jeden basen za drugim i kolejny i jeszcze jeden i następne 6 bez odpoczynku... do tego doszły kolejne nowe elementy, w których gubiłam oddech... i wtedy przyszedł czas na następne zadanie:

2 ostatnie długości basenu kraulem, przy czym skracam czas na łapanie oddechu... myślałam, że tego nie przetrwam! Ale udało się 


Trener gonił, krzyczał, popędzał, mierzył czas, groził palcem, bo za wolno... i tym sposobem zwiększyłam przepłynięty dystans w czasie godziny... 40 długości! 800 m grzbietem i 200 m kraulem

1 wielki, mokry, pełen bólu i determnacji KILOMETR 


Kolejny malutki sukcesik 

środa, 5 lutego 2014

Bieżnia mechaniczna... mój wróg!


Przeprosiłam się na jeden dzień z bieżnią mechaniczną...

nie powiem, żeby powstała z tego przyjaźń, ale na złość sobie też nie robiłyśmy  Nie rozumiem tego, jak można biec ciągle w miejscu! I chyba nigdy nie zrozumiem... Przez 12 km byłamzmuszona patrzeć na swoje odbicie w lustrze... jeszcze żeby było na co patrzeć! Następnym razem (mam nadzieję, że nie będzie następnego razu!) powieszę sobię plakat jakiś z męskim wizerunkiem  może będzie przyjemniej  kolejny powód, dla którego nie przepadam za tym wynalazkiem to fakt, że jest prościej! Nie walczę z otoczeniem, podłożem... a ja przecież lubię powalczyć! Im ciężej, tym lepiej 



I tak biegnę sobie sama w miejscu, znudzona, niemalże jak chomik w kołowrotku i na dziesiątym kilometrze do sali wchodzi męski osobnik... tak - to jest ten moment, kiedy nagle się ożywiamy i biegniemy efektywniej, niż dotychczas 


No i tak udało się dotrzeć na przyspieszonym tempie do końca dystansu...  

12 km z narastającym tempem w ramach rozgrzewki i przyszedł czas zaskoczyć chłopaków z siłowni... dawno się nie pokazywałam na sali i w końcu przyszedł ten czas Wymuszony troszkę, bo omijałam siłownię celowo ze względu na crossfity, które mi wystarczają. W najbliższym czasie jednak wypadną mi z grafiku, więc gdzieś trzeba nadrobić zaległości i zaserwować sobie chociaż namiastkę treningu  Tak więc... była szybka akcja! Skatowałam brzuch, łapki i doprawiłam pompkami  

Było dobrze 

wtorek, 4 lutego 2014

niedziela, 2 lutego 2014

Relaks weekendową porą ;)


Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam tak przyjemny weekend  w pracy wolne, od trenerów również wolne  
Z tym, że Ania nie potrafi usiedzieć w miejscu... tak więc wczoraj zaliczyłam łyżwy z Anitą i przypomiałam sobie, jak się jeździ  

Next? Basen  30 luźnych dlugości i doszkalanie techniki pływania  atrakcji nie było, nie topiłam się... nudy!  
Na koniec to, co zawsze lubiłam... nocne spacery w świetle księżyca 

A dziś?

Miało być luźne 18 km w rytm oddechu, a wyszło 20 km... w lekkim deszczu, co uprzyjemniło trening :) i  na koniec oczywiście znów basen  katowanie techniki c.d.