piątek, 19 września 2014

Test zegarka SOLEUS GPS FIT

W życiu każdego biegacza przychodzi taki moment, kiedy bieganie „na oko” przestaje go satysfakcjonować. Słusznie, bo jeśli obieramy sobie jakiś cel, efekty treningowe warto kontrolować. Tylko jak? Na szczęście rynek zasypuje nas propozycjami różnych zegarków do mierzenia parametrów biegu. Niektóre z nich mają tyle funkcji, że śmiało można nazwać je małymi komputerkami. I właśnie… tu pojawia się drobny kłopot. Nie każdy z nas jest specem i potrafi te wszystkie nowinki technologiczne rozpracować. Jako kobieta zawsze miałam z tym problem. W związku z tym zawsze wolałam sobie radzić bez zegarka. Unikałam go jak ognia! Wolałam biec z aplikacją Endomondo, która w miarę upływu czasu przestawała być mi obca. Z zegarkami pewnie byłoby tak samo, ale po co mi nerwy i stres? Wolałam iść na wygodę, która po pewnym czasie przestawała mnie zadawalać. Telefon z aplikacją zazwyczaj mam na ramieniu. Nie widzę zatem swojego aktualnego tempa, którym biegnę. Nie widzę także dokładnego dystansu. Po co mi to? A no po to, by wykonać rzetelnie trening zadany przez trenera. Kiedy w planie widnieje rozpiska, np.: 10x200m/200m – tempo 4:00-4:10. Z Endomondo nie jestem w stanie tego wykonać. Mogę jedynie przypuszczać ile metrów ma dany odcinek i jak szybko biegnę. A po zakończeniu treningu aplikacja oświeci mnie i pokaże średnie tempo z całego biegu. Owszem w statystykach wyświetli mi jakie tempo miał każdy kilometr. Ale to już po fakcie. Ja potrzebuję kontrolować tempo w danym momencie. Biegacz chce się rozwijać! Musi zatem iść z postępem. No cóż… przyszła i pora na mnie! Unikałam zegarków, to zegarek przyszedł do mnie sam.

Otrzymałam do testów zegarek SOLEUS GPS FIT. Zapewniano mnie, że jest bardzo prosty w obsłudze. To dla mnie ważne! Nie mam ochoty męczyć się z instrukcją obsługi, bo… nie. Taka kobieca logika. Z reguły jestem dość zabiegana i nie lubię marnować czasu. Co do instrukcji obsługi, faktycznie nie skorzystałam z niej, ponieważ nie było tam opisu w języku polskim. Wzięłam zegarek do ręki i po zapoznaniu się z czterema guziczkami, jakie posiada ten model zegarka, zaczęłam wędrówkę po jego funkcjach. Pierwsza myśl? Nie jest taki trudny ten zegarek! Obsługa jest wręcz intuicyjna. Chyba każdy poradziłby sobie z tym. Nawet ja dałam radę!


Na opakowaniu wyraźnie są opisane funkcje, jakie posiada zegarek:




- GPS
- Dystans
- Prędkość
- Tempo biegu
- Kalorie
- Stoper
- Pamięć przebytych okrążeń (do 100) z możliwością ustawienia długości okrążenia – od 0,4 km do 5 km.
- Zegar
- Bateria wielokrotnego ładowania




Szperam zatem dalej po funkcjach i ustawiam sobie datę, czas – nic prostszego! Wybieram strefę czasową według miasta Londyn i w tym momencie na moim ekranie pojawia się prawidłowa godzina. Eureka! Wchodzę w dalsze opcje „Set”, następnie „User” i co widzę? Nie dowierzam. Ten zegarek jest naprawdę na czasie! Ustawiam dane personalne. Wiek, waga, wzrost i płeć. Do wyboru mam, aż… 3 rodzaje płci! „Male”, „Female” i „Gender”. Oczywiście, jako kobieta lekko odstająca od nowinek, wybieram „Female” ;) i biegnę dalej po funkcjach, jak dziecko próbujące rozpracować nową zabawkę. Nie taki jednak diabeł straszny! Szukam opcji do biegania, jak ustawić zegar, by mierzył wszystko na raz. No i jest „Run” – włączam, sygnał gps jest w trybie „search” i czekam… chwilkę to trwa, ale udało się. Aż zegarek zapiszczał z zachwytu, że jest gotowy do pracy ;) GPS GO – klikamy start i biegniemy. Teoretycznie, bo na razie testuję „na sucho”. Zatrzymuję zegar i czas zapisuję. Każdy zapisany czas mogę ponownie odtworzyć w opcji „Date”, gdzie pokaże mi czas treningu, przebyty dystans oraz tempo biegu. Czyli to, co najważniejsze dla biegacza. Czas na próbę w terenie!

Zegarek wzięłam ze sobą na zawody. 10 km bieg uliczny. Niebo bezchmurne, sygnał gps nie powinien zatem mieć kłopotów z odnalezieniem się. Tak też było. Test przeszedł, a raczej przebiegł na ocenę 5. Dystans mierzył idealnie, prędkość biegu także. Dzięki temu w końcu mogłam kontrolować tempo i w efekcie dobiegłam na metę z niezłą życiówką! Bosko ;)


Następny test zrobiłam w dzień nieco mniej pogodny. Szaro, buro i deszczowo. Sygnał gps już nie był taki szybki. Jest to niestety normalne wśród wszystkich modeli dostępnych na rynku. Niesprzyjająca pogoda i gęste lasy mogą wywołać na ekranie zegarka komunikat „sygnal gps lost” – i nic z tym nie zrobimy ;) Biegnę dalej i czekam, aż sygnał odnajdzie się. Kiedy się już odnalazł, czekam aż tempo biegu się unormuje. Zegarek potrzebuje chwili, by je wyłapać. Podczas gdy biegniemy jednostajnie, nie ma z tym kłopotu. Jednak gdy mamy w planie interwały, musimy być cierpliwi i odczekać kilka sekund, aż tempo wskoczy na prawidłowe.

W instrukcji dołączonej do zegarka (tak, w końcu się za nią zabrałam, na szczęście był opis w wersji angielskiej) wyczytałam, że jest on wodoodporny. Nie znaczy to oczywiście, że można w nim pływać! Producent miał na myśli możliwość użytkowania w czasie deszczu. Przecież w każdej chwili może nas dopaść jakaś ulewa. I właśnie w trakcie większej ulewy miałam przyjemność testować zegarek. Owszem miałam na sobie kurtkę przeciwdeszczową. Zegarek był zasłonięty rękawem. Ale padało tak mocno, że woda wlatywała za kołnierz i wylewała się rękawem. Siłą rzeczy zegarek zamakał mocniej, niż powinien. Co jakiś czas kontrolowałam sytuację pod rękawem i widziałam tylko zaparowaną szybkę. Dlatego wyciągnęłam go spod rękawa i wystawiłam na deszcz, co by lekko odparował. Zegarek przeżył deszcz i ma się dobrze.

Kolejny test? Pogoda względna. Lekkie zachmurzenie, więc sygnał gps chwilkę się łączył. Oprócz zegarka wzięłam ze sobą jeszcze Endomondo. Z czystej ciekawości. Chciałam zobaczyć czy wyniki będą takie same. Delikatnie się różniły, ale zapewne dlatego, że nie byłam w stanie wyłączyć ich jednocześnie. Mam niestety tylko dwie ręce ;) generalnie można uznać, że nie ma żadnego przekłamania w mierzeniu wyników. Nie dodałam, że trening ten robiłam w godzinach wieczornych, kiedy na dworze już było ciemno. Ekran zegarka ma podświetlenie, dzięki czemu jest widoczny w każdych warunkach. 
3 dłuższe treningi zaliczyłam i bateria padła. No cóż… SOLEUS GPS FIT jest tak skonstruowany, że nie da się go wyłączyć. Poza treningami możemy go nosić, jak zwykły zegarek. Tym bardziej, że jest ładny i stylowy. Dzięki materiałowi, z jakiego został wykonany, jest także wygodny . Idealnie leży na ręce i nie uwiera. Dodatkowo w pasku mamy otwory pozwalające na swobodne oddychanie skóry. Kolejnym plusem jest zapięcie trzymające pasek w jednym miejscu. Dzięki temu nic nam nie zahacza i nie fruwa pod ręką. Dlatego zdecydowanie nadaje się do użytku codziennego. Ustawiamy opcję „time” i gotowe! Biorąc zatem pod uwagę, że zegarek działa 24h plus ściąga sygnał w trakcie treningów, uważam, że bateria jest wytrzymała. Mało tego, stan baterii jest na bieżąco wyświetlany. Zarówno w procentach, jak i w ilościach godzin pracy. W komplecie dołączona jest ładowarka umożliwiająca ładowanie za pomocą komputera i kabla USB, jak i wtyczki podłączanej do kontaktu. Podczas ładowania na ekranie wyświetlana jest procentowa ilość naładowanej baterii.

Zdecydowanie zegarek ten zasługuje na pochwałę. Za wygląd, który dla kobiet jest może nie najważniejszy, ale istotny. Za prostotę obsługi – każdy laik technologiczny poradzi sobie z tym sprzętem. Gwarantuję, że jak wciśniecie zły guzik, to zegarek nie wybucha ;) Funkcje, które posiada są wystarczające i spełniające oczekiwania nawet zaawansowanego biegacza. Nie wspomniałam chyba jeszcze nic o cenie, dlatego uwaga… 399 zł! To chyba najniższa cena na rynku. Powinnam też uprzedzić wszystkich, że  SOLEUS GPS FIT  uzależnia… jak już go założysz na rękę – cały czas na niego zerkasz! Nie tylko w trakcie biegu. Ja od swojego też nie mogę oderwać wzroku ;) 

niedziela, 31 sierpnia 2014

Wróciłam!!! :D

Wróciłam do żywych! 

4 miesiące szkolenia wojskowego za mną :D Na koszarach czas naprawdę leci na skróty...nawet nie wiem kiedy to zleciało! Świetna przygoda, którą polecam każdemu ;) Oczywiście biorąc pod uwagę dalszą karierę w armii! :) 
Jedno niestety muszę przyznać...forma w wojsku podupadła. Dieta, inny rodzaj wysiłku i przede wszystkim mniejszy niż miałam wcześniej, spowodował spadek kondycji i co gorsze - przyrost wagi. A wiecie co dla kobiety oznacza większa liczba na wadze... DRAMAT!

Nie czekałam więc na koniec szkolenia, by wrócić do normy. Reanimację formy rozpoczęłam jeszcze na koszarach. Dołączyłam do grupy kolegów, którzy tak jak ja, nie mogli znieść zastoju w treningach. Jeden z nich był trenerem personalnym i miał spore pojęcie o tym co robi. Nieźle dawał mi popalić. Ale o to chodziło! Codziennie bardziej zmęczona, ale za to z coraz większym uśmiechem na twarzy wracałam do nich. Niczym wygłodzony pies do swojego pana ;) I udało się! Efekt widać na załączonym obrazku. Wystartowałam dziś w biegu na 10 km. Życiówka, jak marzenie :D Chociaż przyznam się, że mogłam wyciągnąć więcej na liczniku... :P 

Jako, że juz jestem poza bramą koszarów, postawiłam swoich trenerów w gotowości bojowej. Okres szkolenia wymusił małą rozłąkę. Teraz mogę wracać pod ich skrzydła. Zatem... bieganie z Katem-Mordercą zwanym Pawłem, crossfit z Leszkiem i basen z rekinem ludojadem, który próbuje zrobić ze mnie piranię :D 

sobota, 23 sierpnia 2014

1. Bieg Niezłomnych ku Pamięci Żołnierzy Wyklętych

Oficjalnie wracam do gry!

Ale...ja nie wiem, co ja sobie myślałam jadąc na bieg do Sobótki... myślałam, że trasa będzie lekka i przyjemna, wręcz idealna na biegowy powrót po kontuzji  Nie byłam nigdy w Sobótce i nie pomyślałam też, żeby sprawdzić wcześniej trasę  

Jak widać lubię niespodzianki  Tym sposobem góra Ślęża powitała mnie...niemalże z przytupem! 


Już na dzień dobry zrobiłam błąd ustawiając się na tyłach linii startowej sądziłąm, że będę stopniowo sobie wszystkich wyprzedzać, a okazało się, że za chwilę wbiegliśmy do lasu, gdzie nie wiem czy gorsze były ostre podbiegi czy jeszcze bardziej strome zbiegi... zrobił się zator. Przez pierwsze 3-4 km ludzie zamiast biec, szli...bo tak prawdę mówiąc nie wiadomo było, jak lepiej pokonać ten odcinek  Stromy, kamienisty, pnący się w górę i wydawałoby się, że nie miał on końca... Łydki piekły, jak diabli  Cały czas truchtałam i próbowałam wyminąć idących ludzi. W końcu nie przyjechałam tu na spacer! W pewnym momencie byłam zmuszona przejść do marszu, ale moje nogi nie zniosły długo takiego sposobu poruszania się  Powróciłam do biegu, ale ze względu na BARDZO kamienisty teren, należało uważać, by nie zrobić sobie krzywdy...tempo nie było więc jakieś zawrotne  biegłam i zastanawiałam się, jak mogłam być tak głupia i nie sprawdzić trasy! Nie byłam przygotowana na takie warunki... modliłam się, żeby piętaszka to wytrzymała... mój fizjoterapeuta zawsze mi powtarzał, żebym nie myślała o kontuzji, więc starałam się nie myśleć  koło 5 km nagle dostałam skrzydeł i leciałam z górki nabierając coraz większych prędkości  by za chwilę hamować, bo pojawiła się znów kamienista ścieżka i istniało ryzyko wywinięcia orła  i to takiego solidnego  koło 8 km te skrzydła gdzieś odleciały  a szkoda! Bo pojawiła się jeszcze bardziej stroma góreczka, którą prościej chyba było pokonać na czworaka  Nogi drżały i odmawiały posłuszeństwa. Oczy mi zalewało i nie bardzo wiedziałam, na co stawiam stopy...żołądek podchodził do gardła i miałam ochotę rzucić butami w te kamienie i dać sobie spokój! Na pomoc przyszły wspomnienia z poligonu, jak dowódca kazał się czołgać w palącym słońcu, a ja już lekko odpuszczałam i usłyszałam za plecami "NO DALEJ MAŁA!!! ZAP...DALAJ!!!" - pomogło  

Nim się obejrzałam, byłam już na mecie  i to z jakim wynikiem!!!! 

22 miejsce w kategorii K20  

1. Bieg Niezłomnych ku Pamięci Żołnierzy Wyklętych - to najtrudniejsze 10 km, jakie biegłam... ale satysfakcja na mecie jest ogromna  brakowało mi tych emocji na trasie... JAK JA TO KOCHAM!!!!!!  

Piętaszka też jest zadowolona  lekko pomrukuje, ale mam nadzieję, że to z zachwytu 



Jeszcze tylko basen i dzień uważam za udany 


piątek, 25 lipca 2014

Jestem! Żyję! Mam się dobrze :D

Troszkę zaniedbałam stronkę, bo troszkę mnie nie było. To znaczy jestem... ale z uwagi na życiowe zmiany, jakich dokonałam, czasu brakuje, a i też słaby dostęp mam do serwera.  

Ania zaciągnęła się do armii i szkolenia pochłonęły ją bez reszty ;) 
Bawię się tu naprawdę świetnie! Czołganie na poligonie, strzelanie, bieganie i wiele innych atrakcji, jak to w wojsku :) Jest też sporo nauki, co dodatkowo ogranicza możliwości czasowe...ale chcieć to móc :) Czas w wojsku to pojęcie bardzo...hmm ;) względne? Zawsze biegnie na skróty, ścina zakręty i mija z prędkością światła :) Coś w tym jest, bo nawet nie wiem kiedy zleciały 3 miesiące szkolenia. Każdy dzień mam wypełniony obowiązkami i nie ma czasu zastanawiać się nad niczym. Lecimy i zaliczamy kolejne dni :) Mimo że na obrotach wysokich jestem cały czas, to jednak jest to inna forma wysiłku. Forma, którą wypracowałam przed wstąpieniem w szeregi poszła się paść... mówiąc najbardziej wprost. Dlatego za każdym razem kiedy wracam do domu na weekend, nadrabiam treningi i szlifuję formę. Kontuzja się leczy...jakoś. Już troszkę to trwa, ale jest poprawa :)
Za miesiąc koniec szkolenia i obiecuję, wtedy więcej biegać :P Mam nadzieję, że wy nie zapominacie o treningach :D

SIEMA!!! :*

czwartek, 1 maja 2014

Bieganie jest proste - recenzja

Dostałam do oceny książkę dr Krzysztofa Mizery „Bieganie jest proste”. Sama biegam od kilku lat i wiem, że nie jest to takie proste. Idąc za przykładem dowcipów internetowych – „jakby bieganie było takie proste, to wszyscy by biegali” ;) Cóż zatem autor miał na myśli? Zajrzałam do środka i nie wczytując się jeszcze w litery przewertowałam kartki. Bardzo mnie zaskoczyła grafika. Pozytywnie oczywiście! Większość książek, które otrzymuję do recenzji są bogate w wiedzę merytoryczną, a grafika jakby staje się mniej istotna. W tej strony są zachęcające kolorami i bogate w fotografie. Zarówno samego autora, jak i inne związane z tematyką biegową. Dr Mizera to fizjolog sportowy, doradca żywieniowy, amator biegania… a przede wszystkim pasjonat. To da się wyczuć już na pierwszych stronach książki. Czytając słowa wstępu mam wrażenie, że autor prowadzi dialog z moimi myślami. Może dlatego, że doskonale rozumiem o czym pisze. Luźno i swobodnie formułuje swoje myśli, dzięki czemu czyta się to naprawdę przyjemnie.

Autor oczywiście informuje, że książka przeznaczona jest raczej dla biegaczy początkujących. Tym bardziej zaawansowanym również ją polecam. Można tu znaleźć mnóstwo wskazówek i cennych rad. Oprócz tego, na marginesach stron, znajdziemy ciekawostki, definicje i wszelkie informacje warte uwagi.

Zakres poruszanych tematów jest obszerny. Powiedziałabym nawet, że dr Mizera stworzył taki mały poradnik biegania od A do Z. Począwszy od tego czym jest bieganie i jak wpływa na nasze zdrowie i samopoczucie, po fizjologię, a kończąc na kwestiach technicznych. Książka jest podzielona na 4 części. Każda z nich w bardzo prosty sposób przedstawia zalety biegania. Autor tak naprawdę nie daje czytelnikowi możliwości znalezienia wymówki, by nie biegać. Wyprzedza myśli odbiorcy i z łatwością przekonuje, że ten sport jest lekiem na wszystko. Skutecznie! Podaje gotowe recepty na złą pogodę, dietę, nastrój i inne nasze wymysły. Tu należy się pochwała za pomysłowość. Otóż jeszcze w żadnej tego typu książce, nie spotkałam się z tak szerokim przedstawieniem odzieży biegowej. W takie zestawienia bawią się raczej magazyny i czasopisma. Tu znajdujemy obrazy przedstawiające ubiór nadający się na każdą pogodę. Od warunków zimowych, po te bardziej upalne. Uwzględnienie zdjęć proponowanych ubrań ułatwia czytelnikowi wybór. Ponieważ każdy może różnie interpretować opisy, najlepiej pokazać je poprzez zdjęcie.

Mizera wprowadza nas także w trudniejsze pojęcia, bardziej fachowe, naukowe… nie każdy zawraca sobie nimi głowę, bo w końcu bieganie ma być przyjemnością, a nie mieszaniną łamigłówek i ciężkich definicji. Autor kolejny raz upraszcza temat i za pomocą tych, dla niektórych obcobrzmiących definicji, wyjaśnia procesy zachodzące w naszym organizmie.
Dodatkowo, jako radca żywieniowy, podaje przykładowe menu dla biegacza, by pokazać, jak powinno się jeść.

Szczerze mówiąc, po takiej lekturze chciałoby się krzyknąć, że bieganie jest naprawdę proste! Wystarczy przełożyć teorię na praktykę i cieszyć się z przemierzanych metrów, kilometrów, ścieżek… Część sytuacji musimy sami wyczuć na własnej skórze w trakcie treningów. Jednak z taką ilością wskazówek, początki będą prostsze. Tak naprawdę każdy biegacz, który uczy się na własnych błędach, sam dochodzi do pewnych wniosków testując siebie na treningach i metodą prób i błędów eliminuje to, co przeszkadza. Taka książka zdecydowanie ułatwia nam bieganie i pozwala ominąć porażki związane z brakiem motywacji czy wytrwałości.

Po przeczytaniu książki stwierdzam, że… bieganie jednak jest proste! Wystarczy wszystko umiejętnie wytłumaczyć tak, jak zrobił to dr Mizera. 

niedziela, 27 kwietnia 2014

"To ostatnia niedziela... dziś rozstaniemy się"

Taki prezent sobie sprawiłam dziś  A co!

Przede mną morderczy trening na basenie... już na samą myśl, chce się śpiewać "To ostatnia niedziela..."  Ostatnim razem trener poczęstował mnie wodnym hardcorem, a dziś... oszalał jeszcze bardziej  będzie zatem walka o przetrwanie! Musiałam sięgnąć po coś skuteczniejszego, co będzie mnie trzymało przy życiu i nie pozwoli poddać się i pójść na dno  

Książka Beaty Sadowskiej będzie dziś celem i nagrodą  Muszę przetrwać, by móc później wywalić kopytka do góry, napić się kawusi i zanurzyć się, tym razem już nie w wodzie, a w lekturze  

Miłej niedzieli... i mam nadzieję, że do zobaczenia!   

piątek, 25 kwietnia 2014

Śnięta ryba... :D

Biegałam!!!!!! BIEGAŁAM!!! B I E G A Ł A M ! ! ! ! !

Beztrosko, bez bólu, przed siebie, z uśmiechem na twarzy i nawet słońce świeciło!!! 
....a później zadzwonił budzik i trzeba było biegiem powrócić do rzeczywistości  Trochę już rozpędzona dotarłam na rehabilitację i na widok mojej koszulki słyszę: "Witamy panią z katorżnika, też tam biegłem!"
OOOoooooo... a to Ci numer  to, że Pan rehabilitant biegał, to wiedziałam, bo już ten temat przerobiliśmy, ale że katorżnik? Pan wydaje się być bardzo spokojny, stąd moje zdziwienie (pozytywne oczywiście!) 
A wiadomo, że biegacz biegacza zrozumie  i jego bolączki związane z kontuzją również 
Po zabiegach czas na basen! Trening ciężki... choć początek zapowiadał się na lajcik  Śmichy chichy, kraul w formie nonszalanckiej (nie pytajcie, jak to wygląda, bo to wie tylko trenejro  ja siebie nie widzę w wodzie :P) i po luźnej rozgrzewce przyszedł czas na... MASAKRĘ!!!
Pływanie z jak najmniejszą ilością oddechów... i nagle człowiek czuję każdy kawałek ciała, który zaraz wybuchnie z braku tlenu!
Naprawdę nie miałam już sił i nawet próbowałam przekonać trenera, że NIE MAM SIŁ! Ale on takich słów nie rozumie, jakby istniała taka autoblokada, która nie dopuszcza pewnych słów do jego uszu I kiedy ja mówię, że już nie mogę, nie dam rady, on odlicza 5 sekund do startu...no i nie ma, że boli. Trzeba płynąć!
Kolejna seria mnie zabija i od nowa próbuję wytłumaczyć trenerowi, że JA MÓWIĘ STOP! I co słyszę?
"Przygotuj się, za 5 sekund kolejna seria!"


Odgrażanie się, że poskarżę się mamie i że bezczelnie zaraz mu się tu rozpłaczę też nie pomogło...co za nieczuły mężczyzna!!!
Błagalnym tonem mówię, że DYNIA MNIE RYPIE!!!! Tlenu mi brakuje! A co na to trener?
"Coooo? Nie słyszę! Za 10 sekund kolejna seria"
Właśnie tą znieczulicą pokazał mi, że dam radę  Nie reagował na moje marudzenie, a ja musiałam płynąć... Owszem, mogłam wyjść z basenu i odpuścić, ale nie o to chodzi, by się poddawać. A Trener jest świetnym motywatorem i jak nie kijem, to marchewką będzie kusił 
Kiedy usłyszałam, że mogę wyjść z basenu, przez ułamek sekundy byłam szczęśliwa ale  tylko przez niewielki ułamek, bo widząc, w którą stronę zmierza trener, wiedziałam co mnie czeka  Skoki do wody i 50m lecę z ograniczonym oddechem...
Byłam naprawdę słaba, jak dętka i miałam wrażenie, że jak wskoczę do wody, to z niej nie wypłynę! No i znów się targujemy "Jak przepłyniesz to w 57 sekund to możesz iść do domu. Jak nie dasz rady, to lecisz kolejne serie..."
Zła wiadomość jest taka, że nie dałam rady wykonać tego w 57 sekund...puchłam, odpuszczałam i zwalniałam... dobra jest taka, że mimo ogromnego zmęczenia i (w moim mniemaniu) skrajnego wyczerpania zaliczyłam zadanie w 58 sekund z groszami... to i tak dobry wynik! 
Zdecydowanie trenerowi należy się medal za cierpliwość i podejście do mnie 
Nie wiem tylko jak wytrzymam 8h w pracy, bo w tym momencie nie mam sił, by utrzymać oczy w pozycji otwartej o_o
P.S.
Raz trener zareagował na moją niemoc...
"Shit happens!"  - i właśnie za to go lubię