Na zaprzyjaźnionym portalu www.treningbiegacza.pl artykuł o tematyce dość istotnej :) Tym razem opisałam problemy życia codziennego każdego biegacza, z którymi jesteśmy zmuszeni się zmierzyć.
Zapraszam do lektury ==>> BIEGACZ KONTRA OBOWIĄZKI
czwartek, 11 kwietnia 2013
środa, 10 kwietnia 2013
(...) Tułów jest źródłem całej siły, która wprawia nas w ruch.
To by wyjaśniało sytuację, w której znalazłam się na maratonie.
W momencie, gdy nogi odmówiły mi współpracy – stanęłam w miejscu. Nie wierzyłam w to, co się dzieje. Chciałam ruszyć, a nogi stały. ERROR!
Nie chciałam zejść z trasy… nigdy w życiu! Zawsze walczę do końca. 36 km – tak niewiele zostało do mety. Energii miałam mnóstwo, ale nogi zostały odłączone od reszty organizmu. Nieświadoma techniki, jaką zastosowałam zaczęłam napędzać nogi tułowiem. Ruch rąk i tułowia rozkołysał całą resztę. Sprawiłam, że nogi bezwładnie, ale posłusznie człapały za moim ciałem. Przez te 8 km rozkręciłam je na tyle, że na metę mogłam już wbiec. To była heroiczna walka, którą wygrałam.
Teraz, czytając „Bieganie bez wysiłku” zaczynam rozumieć, co zrobiłam z własnym ciałem! Jaką siłę i potęgę ma umysł, że potrafi zmusić ciało do ruchu. To była idealna współpraca. Do dziś mam ciary na plecach, jak o tym myślę. (...)
To by wyjaśniało sytuację, w której znalazłam się na maratonie.
W momencie, gdy nogi odmówiły mi współpracy – stanęłam w miejscu. Nie wierzyłam w to, co się dzieje. Chciałam ruszyć, a nogi stały. ERROR!
Nie chciałam zejść z trasy… nigdy w życiu! Zawsze walczę do końca. 36 km – tak niewiele zostało do mety. Energii miałam mnóstwo, ale nogi zostały odłączone od reszty organizmu. Nieświadoma techniki, jaką zastosowałam zaczęłam napędzać nogi tułowiem. Ruch rąk i tułowia rozkołysał całą resztę. Sprawiłam, że nogi bezwładnie, ale posłusznie człapały za moim ciałem. Przez te 8 km rozkręciłam je na tyle, że na metę mogłam już wbiec. To była heroiczna walka, którą wygrałam.
Teraz, czytając „Bieganie bez wysiłku” zaczynam rozumieć, co zrobiłam z własnym ciałem! Jaką siłę i potęgę ma umysł, że potrafi zmusić ciało do ruchu. To była idealna współpraca. Do dziś mam ciary na plecach, jak o tym myślę. (...)
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
niedziela, 7 kwietnia 2013
Pierwsza randka zakończona falstartem...
Trening w nowych butach zaliczony,
ale… mam mieszane uczucia. Chyba nie zaiskrzyło między nami. Szybka fascynacja
przerodziła się w frustrację. A mama zawsze mówiła, że „z ładnej miski się nie
najesz dziecko drogie!”. Ale z brzydkiej też jeść się nie chce :P No ale do
rzeczy… Od razu na wstępie zaznaczam, że nie jestem ekspertem i technologia
amortyzacji w butach jest mi obca. Są to dopiero moje trzecie buty do biegania,
w związku z tym nie potrafię ocenić ich pod kątem specjalistycznym. Porównuję
je do par poprzednich oceniając przy tym komfort i jakość biegu. No i właśnie…
Zakupione przeze mnie buty nie są obuwiem minimalistycznym, aczkolwiek
pretendują do biegania naturalnego. Zmniejszona amortyzacja powoduje, że do
pracy zostają pobudzone mięśnie stopy, które wcześniej nie pracowały. Dzięki częstej
fizjoterapii poznałam część (pewnie tylko minimalną) biomechaniki naszego
organizmu. Mój rehabilitant często powtarzał mi, że to, jak stawiam stopę, ma
wpływ na resztę ciała, a zwłaszcza na pracę mięśni nóg. Zakładając takie buty
powinnam więc mieć na uwadze, że pierwsze wyjście na trasę nie będzie
przyjemne. Powinnam również obrać krótsza trasę, by nie przeciążyć stóp. Dałam
się jednak zwieść pozorom i zauroczona zaufałam nowym butom. Zakładam je na
nogi i są wygodne, mięciutkie, idealnie dopasowane rozmiarem. Nie pomyślałam,
że ta wygoda może być pozorna… Pierwsze 3 km były co najmniej dziwne. Nie
miałam wrażenia (jak to bywa z nowymi butami), że biegną za mnie. A trochę na
taki efekt się nastawiłam. Były po prostu najzwyczajniej w świecie mięciutkie.
Na pierwszy rzut oka idealne buty do biegania po twardych nawierzchniach typu
asfalt czy chodniki. A takie w 90% trasy pokonuję. Jednak swoją miękkością
odbierały dynamikę biegu. Stopa układała się do podłoża całkiem ładnie, ale nie
umiała się z tego podłoża odbić. Czułam się, jak w kapciach. Biegłam dalej nie
marudząc jeszcze za mocno. Stwierdziłam, że może będzie po prostu wygodnie i
lekko. Po zaliczeniu kolejnych kilometrów okazało się, że nie było ani
wygodnie, ani lekko. Po 10 km zaczęłam odczuwać mięśnie śródstopia. Wyraźnie
zdziwione nagłą pracą chciały się buntować. Chyba pojęły, że nie wiele uda im
się zdziałać i starały się wykonać swoją pracę najlepiej, jak mogły. Jak?
Przerzucając ból na przód stopy. Palce zaczęły odczuwać każdy krok i każde uderzenie
o asfalt. Nie było to przyjemne, ale czekała mnie zmiana podłoża na dukt leśny.
Jeszcze nie wiedziałam, że to zmiana na gorsze! Mimo, że podeszwa buta wydaje się
być grubsza i miękka – czułam na stopie każdy kamień, na który nadepnęłam.
Musiałam więc ich unikać. Im dalej w las, tym ścieżka była bardziej grząska i
błotnista. Pomijam, że szkoda mi było uwalić nowe buty w błocie. Miękkość
podłoża z miękką podeszwą buta to nie jest dobre połączenie. W końcu natura
jest tak stworzona, że przyciągają się
przeciwieństwa, a nie podobieństwa. Grzęzłam zatem w tym błocie szukając
odrobinę twardszej nawierzchni. Jak już dotarłam do drogi asfaltowej… moje nogi
były tak zmęczone, że nie chciały biec. Nadmierna praca mięśni stóp wymusiła na
łydkach i czworogłowych uda wysiłek, jakiego nie znały. 19 km to zdecydowanie za
długa trasa dla tego typu butów – jak na pierwszy raz! Podsumowując: dałam się
omamić miękkością… zauroczona rzuciłam się na głęboką wodę, co mogło się zakończyć
pójściem na dno! Na szczęście wyszłam z tego cało, ale moje nogi czują się jak
po maratonie… jeśli chodzi o stawy, to nie pisnęły słowem. Ucierpiały tylko i
wyłącznie mięśnie, które powinnam stopniowo przyzwyczajać do tego rodzaju obuwia…
zmiana okazała się mało subtelna i w pewnym momencie zaczęłam tęsknić za
starymi butami. W związku z tym zauroczenie pękło jak bańka mydlana i zostałam
sprowadzona na ziemię. Nie zaiskrzyło… ale chyba każdy zasługuje na drugą
szansę? Myślę, że się jakoś dotrzemy. Ale potrzebujemy czasu i wzajemnego
zrozumienia…
sobota, 6 kwietnia 2013
Reebok RealFlex Transition :)
Pojechałam na małe zakupy... w
planie było kupno szpilek na ślub przyjaciółki :) ale jak to u kobiety... plany
uległy zmianie! Z zakupów wróciłam z nową parą butów do biegania :D Przyszedł
czas rozstać się z ulubionymi adidasami (trail kanadia 4) które katowałam przez
1,5 roku. Były idealne na każdą pogodę. Upał, mróz, deszcz, śnieg... niezawodne
w każdych warunkach! Perfekcyjnie dopasowane do stopy, niczym druga skóra,
pozwalały czuć każdy krok :) Naprawdę jestem z nich bardzo zadowolona! Wiele
razem przeszliśmy, a raczej przebiegliśmy :) Wszystkie wzloty i upadki na
trasie, chwile zwątpienia i radości...były jak przyjaciel, który nie pytając o
nic był ze mną dotrzymując mi kroku. Dlaczego muszę się z nimi rozstać?
Generalnie przez cały ten czas nie zniszczyły się zbyt mocno. Nawet podeszwa
się nie wytarła. A bieżnik, który posiada wypustki ułatwiające przyczepność,
również jest w stanie dobrym. Nawet bardzo :) Ale... zimą, tą długą, której
każdy ma już dość, nie litowałam się nad nimi i zanurzałam je w kąpieli
śnieżnej, błocie, kałużach... miały prawo więc powycierać się w środku. Nie
sądziłam jednak, że będą takie niewdzięczne i odezwą się poprzez obtarcia pięt
:/ no cóż... chciałam je jakoś reanimować i pozszywać... Nawet przeszło mi
przez myśl, żeby kupić ten sam model! Ale znalazłam inne i sądzę, że ciekawsze
:) Czy zamiana trailówek na buty, które przeznaczone są do biegania
"naturalnego" (Reebok RealFlex Transition) okaże się dobrym wyborem?
Opinie są różne... jutro będę je testować :) to będzie nasza pierwsza randka i
mam nadzieję, że zaiskrzy między nami :D Wiem, że wygląd nie powinien być
istotny, ale dla mnie jest :) Jestem bardzo wybredna i muszą być nie tylko
wygodne, ale i ładne :) Te są... ujęły mnie kolorystyką :) a od tego już... do
zakochania jeden krok :D
piątek, 5 kwietnia 2013
Zmusiłam nogi do interwałów...ale co się głowa musiała nagadać do tych leniwych nóg! I tłumaczę najpierw lewej, potem prawej i mówię im, że będzie fajnie, a one jakby się zmówiły i mówią: NIE! No to ja znowu, że dadzą radę, że są zdolne, że razem potrafią zdziałać cuda! A one dalej stroją fochy... no to biorę je podstępem i zaczynam negocjacje... tłumacząc im, jak krowie na rowie, że to dla ich dobra, że dzięki interwałom będą szybsze i sprawniejsze i powolutku przyspieszam - tak, żeby nie zorientowały się do czego zmierzam... nim zrozumiały, co je czeka zaczęły współpracować. W końcu! Ale nie na długo... po pierwszym maksymalnym przyspieszeniu stanęły zdziwione i wyraźnie zasygnalizowały, że tak się bawić nie będziemy! Cholerka... A miało być tak pięknie :) Ciąg dalszy negocjacji przyniósł efekty w postaci wspólnego kompromisu. Robimy fartleki, a w zamian za to nagroda: po treningu warzywa z łososiem :) w ten sposób zapanowała zgoda i nogi zabrały się do pracy :D współpraca była owocna a nagroda smaczna :D
wtorek, 2 kwietnia 2013
Gdzieś pomiędzy moimi nie do końca ogarniętymi myślami zrodziła się dziś nowa myśl :D Bo niby każdy trenuje, coś robi... ale po co? By być silniejszym, lepszym. Podnosimy poprzeczkę do góry i zwiększamy wysiłek. Po co? By być jeszcze lepszym. I moje pytanie: gdzie znajduje się granica wytrzymałości? I jak bardzo jest cienka? Przesuwamy granice co raz dalej i jeszcze dalej, jakby była z gumy...czy kiedykolwiek uda się ją rozciągnąć na maksa, tak, że bardziej się już nie będzie dało? Gdzie kończy się ta granica? O ile kiedykolwiek może się skończyć... to wszystko zależy od nas samych! Nasz charakter, silna psychika wyznacza tą granicę. Im jest mocniejsza, tym szybciej pokonujemy ścianę. Rozbijamy ją pędząc dalej. Zaliczamy kolejny level, jak w grze. I ciągle pniemy się do góry. Wyżej i dalej i szybciej i mocniej, bez końca. Bo sport to nie tylko trening na kondycję fizyczną - psychiczna również się wzmacnia tworząc żelazną skorupę. Ta jest w stanie pokonać wszystko, nawet skrajne granice wytrzymałości :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

