środa, 31 grudnia 2014

Nowy Rok! Nowe wyzwania - Nowa energia :)


Wszyscy robią podsumowanie roku. Coś w tym jest, że Nowy Rok to magiczny czas, kiedy na chwilę zwalniamy tempo i jest czas na pewne refleksje... Nawet Zabiegana przestaje być na moment zabiegana  Cóż mogę powiedzieć  ten rok był dla mnie szczególny, a następny zapowiada się jeszcze lepiej  wszystko pojawiło się niespodziewanie, bez planowania. Nigdy nie wiesz, za którym zakrętem, będzie czekać "niespodzianka". Trzeba jednak mieć odwagę, by z niej skorzystać. Pewna mądra głowa powiedziała mi kiedyś: chwyć życie za jaja!!!


Chwyciłam...i od jakiegoś czasu jesteście świadkami tego, jak przewracam swoje życie do góry nogami... Już jestem bliżej niż dalej  ciągle biegnę do jednego, obranego celu. Każdy trening, każdy krok pozwala się do niego zbliżyć. I choć emocje się uspokoiły, wciąż pozostaje lekki strach przed nowym, nieznanym  Jednak każda zmiana jest krokiem ku lepszemu i wierzę, że mi się uda  bo jest mobilizacja, determinacja, siła, która napędza do działania  są ludzie, którzy wspierają w chwilach zwątpienia i co najważniejsze...jest chęć bycia lepszą niż byłam wczoraj. 


I Wam w Nowym Roku życzę fantastycznych życiówek i spełnienia wszelkich marzeń, celów, by każdy dzień był lepszy od poprzedniego!

No i szampańskiej imprezy oczywiście!!!   

Nowy Rok - Nowe wyzwania - Nowa energia ! ! !

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Ucieczka przed własnym cieniem... nieudana ;)


7 km z adrenaliną w tle...
No bo wyszło dziecko roztrzepane pobiegać, a tu nagle... CIEMNOŚĆ!  hehe no i biegnę po omacku, mróz szczypie w tyłek, wiatr targa czerep, w międzyczasie uważam, żeby nie wywinąć orła na krzywym chodniku  aż dotarłam do bezpiecznej, bo równej niczym blat stołu, drogi asfaltowej, aczkolwiek biegnącej pomiędzy lasem a drogą krajową  No... a ja na tej drodze... bez oświetlenia! To znaczy oświetlenie było, przez moment - jak jakieś auto przejechało  

Tylko że w drodze powrotnej tą samą drogą...ktoś jakby podłączył się pod mój trening! No to przyspieszam... widzę, że jakiś cień się do mnie zbliża, więc przyspieszam jeszcze bardziej! GPS już dawno się zgubił, a cień biegnie dalej... cholera! 

Po jakimś kilometrze bezskutecznej ucieczki rozkminiłam, co tu się tak naprawdę wyprawia... no ładnie!!! Żeby tak przed własnym cieniem uciekać!!! Już drugi raz dałam się tak nabrać!  Oj Anka, Anka...  Już kiedyś (jakieś 2-3 lata temu) też biegałam w całkowitych ciemnościach i tiry nadjeżdżające zza moich pleców tak oświetlały drogę, że mój cień wyglądał, jakby mnie gonił... skubany!
Co więcej... luźny kucyk z włosów tak się miotał na wietrze, że zaplątał się w słuchawki (nie wiem jak) i w pewnym momencie prawie zapiszczałam, bo myślałam, że ktoś ciągnie mnie za włosy  Wyobrażacie to sobie?? Biegnie laska ciemną drogą i piszczy bo wiatr jej włosy targa  hahaha Wariatka! 

Adrenalina pozwoliła na mocne przyspieszenie (średnie tempo 4:46/km) i tym samym przestałam czuć, że mróz mnie podszczypuje po tyłku  było przyjemnie  

Nie wiem jak Wy, ale ja tam lubię czuć odrobinę adrenalinki 

wtorek, 11 listopada 2014

Dzień Niepodległości



Tak się świętuje! Imprez w całej Polsce, z okazji Dnia Niepodległości, było mnóstwo. Pierwszy raz nie wiedziałam, którą wybrać... padło na Lubliniec! Bo i zapowiedź imprezy wydała się być najciekawsza. Stworzyliśmy żywą flagę Polski! Prawda, że wyszło pięknie? Fantastyczna impreza! Pomysłowość WKB META jak zawsze jest na najwyższym poziomie  

Trasa bajeczna, ale i ekspresowa, bo... 2,5 km to już mocny sprint, który zakończyłam kolejną życiówką  

Ale... czy można być niezadowolonym z kolejnej życiówki? A no można... Przede wszystkim za szybko wystartowałam i jak zobaczyłam na zegarku tempo 3:30 to zwątpiłam w to, że utrzymam je do samego końca... rozsądnie zwolniłam, choć i tak już czułam, że spuchłam  No cóż... tak krótkie dystanse to dla mnie nowość... mimo wszystko, czas nie był najgorszy 

wtorek, 4 listopada 2014

Powrót do formy :)


Ostatnio udaje mi się rozwinąć (jak na mnie!) bardzo duże prędkości w trakcie biegania. Trener Paweł Grzonka jest zadowolony, moje nogi również, ale nie spoczywamy na laurach! 


Kiedy rano zobaczyłam, co przygotował mi na dziś trener, z wrażenia poparzyłam się kawą  
Interwały w tempie 3:40?? Przecież to nieludzkie tempo!!! No ale...ja nie dam rady? Ja? Jestem bardziej uparta niż stado osłów  po pracy wskoczyłam szybko w buty i GO! 


Cholerka...nie dość, że miało być ciężko przez tempo, to jeszcze pod wiatr  Bo biednemu zawsze wiatr w oczy...  hah! Zegarek nie nadążał łapać prędkości... a ja oddechu  prawie się udławiłam wiatrem, ale za to udało się osiągnąć wymagane tempo! I to z nawiązką...bo wyszło 3:30/km! Dla mnie to turbo torpeda, ale przeżyłam  Do tej pory zejście poniżej 5 minut/km było wielkim osiągnięciem.  To był próg moich możliwości. Tak mi się wydawało, bo w krótkim czasie po tym zeszłam do lekko powyżej 4 minut... myślałam, że płuca wypluje, a teraz... prawie pogubiłam nogi! 3:30 - szok!



NIE MA RZECZY NIEMOŻLIWYCH!!!!


Yeeaaah!  

Szybki trening - szybka poprawa nastroju   

niedziela, 19 października 2014

"Wzgórzowa 13"

Wzgórzowa 13 czyli...

pierwszy "domowy" poligon zaliczony 


Teren bardzo wymagający. W kilku miejscach zdecydowanie lepiej było wchodzić na czworaka tym bardziej medal na mecie cieszy! Lekko nie było...ale przecież uwielbiamy wyzwania, prawda??  


Po biegu oczywiście na rozluźnienie...1,5 km w basenie 

Piękna sobota! Nóżki są szczęśliwe 


czwartek, 16 października 2014

Urodziny na Górce Śmierci ;)

Jak co roku o tej porze... trener, niczym złota rybka, spełnia moje urodzinowe życzenia  prosiłam się o manto, to je dostałam! Nie sądziłam, że aż tak poniesie trenera wyobraźnia! 


Podbiegi... wiek x 100/100m - Górka Śmierci śmiała się na mój widok i zacierała ręcę  Miałam wrażenie, że z każdym kolejnym podbiegiem górka nabierała coraz większych wysokości... na szczęście nie byłam w tych mękach osamotniona! Górkę zaliczał jeszcze jeden wytrwały biegacz i tak mijaliśmy się raz z jednej strony, raz z drugiej  była mobilizacja, by nie odpuszczać mimo dziwnego uczucia w żołądku, ognia w udach zaliczałam kolejne podbiegi, aż dobrnęłam do końca.

27!

Tyle ich musiałam zaliczyć... Paweł Grzonka - chyba wyglądam na zadowoloną!? Im większy wysiłek, tym większy uśmiech  Tylko nogi jakby przestały mi działać... DZIĘKUJĘ!!!  

Z Górki Śmierci, którą pokonałam, poleciałam na basen i tam nogi też zastrajkowały  Nie chciały machać dlatego 1,5 km kraula na samych rękach wystarczy Teraz wywalam kopytka do góry i zaczynam świętować

piątek, 10 października 2014

Wszystkie lęki i słabości są do przejścia



Jeszcze rok temu panicznie bałam się pływania... woda była dla mnie żywiołem nie do ogarnięcia i skutecznie mnie paraliżowała - co widać na załączonym obrazku  Zdjęcie pochodzi z biegu katorżnika, gdzie woda atakowała mnie z każdej strony i "jakoś" musiałam sobie w niej radzić! Poradziłam  ale lęku nie przezwyciężyłam...

Pewna mądra głowa przekonała mnie, że to ja powinnam panować nad wodą, a nie woda nade mną! Zapisałam się na basen i rozpoczęłam naukę pływania. Dzięki trenerowi i jego podejściu (jest najlepszy!!!!) udało się pokonać lęki i zaczynałam płynąć. Pomalutku, do przodu... kto śledził, ten wie ile nerwów mnie to kosztowało! Wysiłku, determinacji...lekko nie było!

A teraz... pływanie stało się przyjemnością  sprawia mi dużo satysfakcji i nie do końca rozumiem, jak mogłam się tego bać przez tyle lat! 
I wiecie co? Powiem Wam coś w tajemnicy... tylko nie mówcie nikomu, żeby ludzie się nie śmiali 

..........jadę na swoje pierwsze zawody pływackie!!!!! W życiu bym nie wpadła na to, gdyby nie trener Pewnie będę ostatnia, bo tam będą same hard-rekiny, ale zawsze to jakieś nowe doświadczenie  Do zawodów jeszcze trochę czasu zostało, więc trzeba potrenować solidnie 

Jaki z tego morał? Wszystkie nasze lęki i słabości są do pokonania  nie ma rzeczy niemożliwych!

Ale żeby było jasne... Bieganie wciąż jest numerem 1!!!  

środa, 24 września 2014

7 faktów - nominacja

Zostałam nominowana przez Lab-runner do wypisania 7 faktów o sobie. Zabawa ma na celu lepsze poznanie się, więc… czemu nie?! Pewnie i tak wiecie, że czasami jestem trochę zakręcona, a najczęściej zabiegana. Zarówno pod względem pracy, pasji i ogólnie ogarniania codzienności.

Zasady tej zabawy są bardzo proste. Piszemy coś o sobie i nominujemy kolejnych blogerów do zabawy informując ich oczywiście o tym, co by nie umknęło im nic :) Obowiązkowo wrzucamy zielony znaczek na bloga (przynajmniej będzie wiadomo, kto już był nominowany) i... zaczynamy bajkopisarstwo :P O to 7 faktów na mój temat:

   1. Zakochana w bieganiu! Oddałam tej pasji całe serce, bo… bo tak J Tak bardzo to pokochałam, że nie wyobrażam sobie nagle przestać (chyba, że przez kontuzję, ale to tylko na chwilę). Bieganie mnie zmieniło. Wydobyło z małej, szarej i zakompleksionej myszki więcej wiary w siebie (choć są tacy, którzy uważają, że wciąż jestem małej wiary…) i otwartości na świat. Bieganie dało mi wolność, mnóstwo nowych wartościowych przyjaźni, wzmocniło psychikę i może zabrzmi to śmiesznie, ale otworzyło mi wiele nowych życiowych dróg, które po cichutku sobie udeptywałam.

     2. Redakcja! Moja druga pasja J Skoro lubię pisać i kocham biegać, dlaczego nie połączyć tego w jedno? Połączyłam J Zupełnie przypadkowo, trochę od niechcenia… bo wiara w siebie jeszcze wtedy była mała :P Wysłałam tekst na konkurs, który organizował portal Trening Biegacza – do wygrania był TIMEX. Trzeba było napisać tylko coś o bieganiu. Pełna dowolność. Napisałam, wysłałam i zupełnie o tym zapomniałam. Ówczesny redaktor naczelny portalu nie omieszkał przypomnieć mi o konkursie wysyłając wiadomość, że spośród tysiąca prac to właśnie moja znalazła się w pierwszej 10. Timexa nie wygrałam. Wygrałam za to przepustkę do samorealizacji  i rozwoju kolejnej pasji. Tym sposobem od 2 lat zasilam redakcję trening biegacza, a od mniej więcej roku artykuły moje dostępne są również na Interrun – mam nadzieję, że moje bajkopisarstwo nie zanudziło Was jeszcze J

     3. Kulinaria… zdecydowanie nie jest to moja pasja! Mam dwie lewe ręce, a może bardziej lenia J Zazwyczaj uciekałam z kuchni, choć z głodu nie umieram. Jak już coś ugotuję, to raczej mi to wychodzi. Nawet jakieś pochwały słyszę w stylu „mmmmm…full wypas!” :D Pewnie z uprzejmości, bo starszy brat dość skutecznie wmówił mi, że ja to wodę w czajniku bezprzewodowym nawet przypalę… do dziś niestety nie udało mi się tego uczynić, ale kto wie… ;)

     4. Zdolność do przekręcania słów, co w efekcie skutkuje oryginalnymi dowcipami sytuacyjnymi… już w liceum znajomi się śmiali, że powinnam zapisywać moje „przekrętła” i wyszedłby z tego osobisty słownik Ani J Większości haseł już nie pamiętam, ale jedno, które najbardziej zapamiętałam i do dziś się z tego śmieję, to pomylenie kurtyny wodnej (na trasach biegowych podczas zawodów wystawiane są, by chłodzić rozgrzanych słońcem biegaczy) z… kurtyzaną J No jakoś tak… albo dialog z trenerem na crossficie podczas ćwiczeń z gumami/linami, kiedy bardzo dbałam o komfort pięty, bo jak pamiętacie...kontuzja obrzydliwa stała się:

- Odsuń się trochę do tyłu, tu ma być napięcie
- Ale ja nie mogę ćwiczyć na pięcie! 
- Na linach ma być napięcie...


      5. Jak większość ludzi (kobiet), mam słabość do czekolady! Jest lekiem na wszystko, zaraz po bieganiu. A może przed bieganiem? Wtedy przynajmniej jest szansa, żeby ją spalić na trasie :P I umówmy się… bo tłumaczę mamie kolejny raz, a ona nie rozumie. Gorzka czekolada to nie czekolada! Czekolada to słodycz. Jak sama nazwa wskazuje… ma być słodka :D Koniec dyskusji.


   6.   Ja żołnierz Wojska Polskiego.. właśnie tu bieganie mnie zaprowadziło. A zaczęło się od biegu katorżnika, który w kategorii VIPy i dziennikarze wygrałam (nie potrafiąc jeszcze wtedy pływać!) Pływać się już nauczyłam. Maszerować krokiem defiladowym i rzucać granatem też się nauczyłam J Bieganie również się przydaje, żeby po odpaleniu lontu zapalnika szybciej uciekać :D 

 
 






    7.  Na koniec mogę dodać, że jestem szczęśliwą, spełniona kobietą, która dzięki pasji odnalazła swoje miejsce i wie czego chce od życia. Przede wszystkim kocham swoje życie i czerpię z niego garściami. Doceniam każdą chwilę i wyciągam wnioski z doświadczeń.




BO O TO W ŻYCIU BIEGA!!!! :D :D :D








No i przyszło mi teraz nominować kolejnych blogerów... tak więc - uwaga! uwaga! :D do zabawy nominuję:

1. Gosię hirun, bo jest fantastyczną i pełną pozytywnych emocji kobietą, która jako jedyna odważyła nauczyć się mnie gotować :D 
2. Madzię z fit.life.beauty, która swoim pięknych uśmiechem umilała mi czas poza koszarami :D
3. Kolegę z bieganiejestfajne, bo... ja kocham bieganie, a on uważa, że jest fajne :P 
4. Monika, która skutecznie została wkręcona w bieganie przez swojego męża :) Nawet córkę wkręcili! To jest pasja :D
5. I przyszedł czas na panią z kefir, grejpfrut i banany, która swoimi przepisami robi mi smaka i powoduje, że może w końcu stanę dobrowalnie przy garach :P 

piątek, 19 września 2014

Test zegarka SOLEUS GPS FIT

W życiu każdego biegacza przychodzi taki moment, kiedy bieganie „na oko” przestaje go satysfakcjonować. Słusznie, bo jeśli obieramy sobie jakiś cel, efekty treningowe warto kontrolować. Tylko jak? Na szczęście rynek zasypuje nas propozycjami różnych zegarków do mierzenia parametrów biegu. Niektóre z nich mają tyle funkcji, że śmiało można nazwać je małymi komputerkami. I właśnie… tu pojawia się drobny kłopot. Nie każdy z nas jest specem i potrafi te wszystkie nowinki technologiczne rozpracować. Jako kobieta zawsze miałam z tym problem. W związku z tym zawsze wolałam sobie radzić bez zegarka. Unikałam go jak ognia! Wolałam biec z aplikacją Endomondo, która w miarę upływu czasu przestawała być mi obca. Z zegarkami pewnie byłoby tak samo, ale po co mi nerwy i stres? Wolałam iść na wygodę, która po pewnym czasie przestawała mnie zadawalać. Telefon z aplikacją zazwyczaj mam na ramieniu. Nie widzę zatem swojego aktualnego tempa, którym biegnę. Nie widzę także dokładnego dystansu. Po co mi to? A no po to, by wykonać rzetelnie trening zadany przez trenera. Kiedy w planie widnieje rozpiska, np.: 10x200m/200m – tempo 4:00-4:10. Z Endomondo nie jestem w stanie tego wykonać. Mogę jedynie przypuszczać ile metrów ma dany odcinek i jak szybko biegnę. A po zakończeniu treningu aplikacja oświeci mnie i pokaże średnie tempo z całego biegu. Owszem w statystykach wyświetli mi jakie tempo miał każdy kilometr. Ale to już po fakcie. Ja potrzebuję kontrolować tempo w danym momencie. Biegacz chce się rozwijać! Musi zatem iść z postępem. No cóż… przyszła i pora na mnie! Unikałam zegarków, to zegarek przyszedł do mnie sam.

Otrzymałam do testów zegarek SOLEUS GPS FIT. Zapewniano mnie, że jest bardzo prosty w obsłudze. To dla mnie ważne! Nie mam ochoty męczyć się z instrukcją obsługi, bo… nie. Taka kobieca logika. Z reguły jestem dość zabiegana i nie lubię marnować czasu. Co do instrukcji obsługi, faktycznie nie skorzystałam z niej, ponieważ nie było tam opisu w języku polskim. Wzięłam zegarek do ręki i po zapoznaniu się z czterema guziczkami, jakie posiada ten model zegarka, zaczęłam wędrówkę po jego funkcjach. Pierwsza myśl? Nie jest taki trudny ten zegarek! Obsługa jest wręcz intuicyjna. Chyba każdy poradziłby sobie z tym. Nawet ja dałam radę!


Na opakowaniu wyraźnie są opisane funkcje, jakie posiada zegarek:




- GPS
- Dystans
- Prędkość
- Tempo biegu
- Kalorie
- Stoper
- Pamięć przebytych okrążeń (do 100) z możliwością ustawienia długości okrążenia – od 0,4 km do 5 km.
- Zegar
- Bateria wielokrotnego ładowania




Szperam zatem dalej po funkcjach i ustawiam sobie datę, czas – nic prostszego! Wybieram strefę czasową według miasta Londyn i w tym momencie na moim ekranie pojawia się prawidłowa godzina. Eureka! Wchodzę w dalsze opcje „Set”, następnie „User” i co widzę? Nie dowierzam. Ten zegarek jest naprawdę na czasie! Ustawiam dane personalne. Wiek, waga, wzrost i płeć. Do wyboru mam, aż… 3 rodzaje płci! „Male”, „Female” i „Gender”. Oczywiście, jako kobieta lekko odstająca od nowinek, wybieram „Female” ;) i biegnę dalej po funkcjach, jak dziecko próbujące rozpracować nową zabawkę. Nie taki jednak diabeł straszny! Szukam opcji do biegania, jak ustawić zegar, by mierzył wszystko na raz. No i jest „Run” – włączam, sygnał gps jest w trybie „search” i czekam… chwilkę to trwa, ale udało się. Aż zegarek zapiszczał z zachwytu, że jest gotowy do pracy ;) GPS GO – klikamy start i biegniemy. Teoretycznie, bo na razie testuję „na sucho”. Zatrzymuję zegar i czas zapisuję. Każdy zapisany czas mogę ponownie odtworzyć w opcji „Date”, gdzie pokaże mi czas treningu, przebyty dystans oraz tempo biegu. Czyli to, co najważniejsze dla biegacza. Czas na próbę w terenie!

Zegarek wzięłam ze sobą na zawody. 10 km bieg uliczny. Niebo bezchmurne, sygnał gps nie powinien zatem mieć kłopotów z odnalezieniem się. Tak też było. Test przeszedł, a raczej przebiegł na ocenę 5. Dystans mierzył idealnie, prędkość biegu także. Dzięki temu w końcu mogłam kontrolować tempo i w efekcie dobiegłam na metę z niezłą życiówką! Bosko ;)


Następny test zrobiłam w dzień nieco mniej pogodny. Szaro, buro i deszczowo. Sygnał gps już nie był taki szybki. Jest to niestety normalne wśród wszystkich modeli dostępnych na rynku. Niesprzyjająca pogoda i gęste lasy mogą wywołać na ekranie zegarka komunikat „sygnal gps lost” – i nic z tym nie zrobimy ;) Biegnę dalej i czekam, aż sygnał odnajdzie się. Kiedy się już odnalazł, czekam aż tempo biegu się unormuje. Zegarek potrzebuje chwili, by je wyłapać. Podczas gdy biegniemy jednostajnie, nie ma z tym kłopotu. Jednak gdy mamy w planie interwały, musimy być cierpliwi i odczekać kilka sekund, aż tempo wskoczy na prawidłowe.

W instrukcji dołączonej do zegarka (tak, w końcu się za nią zabrałam, na szczęście był opis w wersji angielskiej) wyczytałam, że jest on wodoodporny. Nie znaczy to oczywiście, że można w nim pływać! Producent miał na myśli możliwość użytkowania w czasie deszczu. Przecież w każdej chwili może nas dopaść jakaś ulewa. I właśnie w trakcie większej ulewy miałam przyjemność testować zegarek. Owszem miałam na sobie kurtkę przeciwdeszczową. Zegarek był zasłonięty rękawem. Ale padało tak mocno, że woda wlatywała za kołnierz i wylewała się rękawem. Siłą rzeczy zegarek zamakał mocniej, niż powinien. Co jakiś czas kontrolowałam sytuację pod rękawem i widziałam tylko zaparowaną szybkę. Dlatego wyciągnęłam go spod rękawa i wystawiłam na deszcz, co by lekko odparował. Zegarek przeżył deszcz i ma się dobrze.

Kolejny test? Pogoda względna. Lekkie zachmurzenie, więc sygnał gps chwilkę się łączył. Oprócz zegarka wzięłam ze sobą jeszcze Endomondo. Z czystej ciekawości. Chciałam zobaczyć czy wyniki będą takie same. Delikatnie się różniły, ale zapewne dlatego, że nie byłam w stanie wyłączyć ich jednocześnie. Mam niestety tylko dwie ręce ;) generalnie można uznać, że nie ma żadnego przekłamania w mierzeniu wyników. Nie dodałam, że trening ten robiłam w godzinach wieczornych, kiedy na dworze już było ciemno. Ekran zegarka ma podświetlenie, dzięki czemu jest widoczny w każdych warunkach. 
3 dłuższe treningi zaliczyłam i bateria padła. No cóż… SOLEUS GPS FIT jest tak skonstruowany, że nie da się go wyłączyć. Poza treningami możemy go nosić, jak zwykły zegarek. Tym bardziej, że jest ładny i stylowy. Dzięki materiałowi, z jakiego został wykonany, jest także wygodny . Idealnie leży na ręce i nie uwiera. Dodatkowo w pasku mamy otwory pozwalające na swobodne oddychanie skóry. Kolejnym plusem jest zapięcie trzymające pasek w jednym miejscu. Dzięki temu nic nam nie zahacza i nie fruwa pod ręką. Dlatego zdecydowanie nadaje się do użytku codziennego. Ustawiamy opcję „time” i gotowe! Biorąc zatem pod uwagę, że zegarek działa 24h plus ściąga sygnał w trakcie treningów, uważam, że bateria jest wytrzymała. Mało tego, stan baterii jest na bieżąco wyświetlany. Zarówno w procentach, jak i w ilościach godzin pracy. W komplecie dołączona jest ładowarka umożliwiająca ładowanie za pomocą komputera i kabla USB, jak i wtyczki podłączanej do kontaktu. Podczas ładowania na ekranie wyświetlana jest procentowa ilość naładowanej baterii.

Zdecydowanie zegarek ten zasługuje na pochwałę. Za wygląd, który dla kobiet jest może nie najważniejszy, ale istotny. Za prostotę obsługi – każdy laik technologiczny poradzi sobie z tym sprzętem. Gwarantuję, że jak wciśniecie zły guzik, to zegarek nie wybucha ;) Funkcje, które posiada są wystarczające i spełniające oczekiwania nawet zaawansowanego biegacza. Nie wspomniałam chyba jeszcze nic o cenie, dlatego uwaga… 399 zł! To chyba najniższa cena na rynku. Powinnam też uprzedzić wszystkich, że  SOLEUS GPS FIT  uzależnia… jak już go założysz na rękę – cały czas na niego zerkasz! Nie tylko w trakcie biegu. Ja od swojego też nie mogę oderwać wzroku ;) 

niedziela, 31 sierpnia 2014

Wróciłam!!! :D

Wróciłam do żywych! 

4 miesiące szkolenia wojskowego za mną :D Na koszarach czas naprawdę leci na skróty...nawet nie wiem kiedy to zleciało! Świetna przygoda, którą polecam każdemu ;) Oczywiście biorąc pod uwagę dalszą karierę w armii! :) 
Jedno niestety muszę przyznać...forma w wojsku podupadła. Dieta, inny rodzaj wysiłku i przede wszystkim mniejszy niż miałam wcześniej, spowodował spadek kondycji i co gorsze - przyrost wagi. A wiecie co dla kobiety oznacza większa liczba na wadze... DRAMAT!

Nie czekałam więc na koniec szkolenia, by wrócić do normy. Reanimację formy rozpoczęłam jeszcze na koszarach. Dołączyłam do grupy kolegów, którzy tak jak ja, nie mogli znieść zastoju w treningach. Jeden z nich był trenerem personalnym i miał spore pojęcie o tym co robi. Nieźle dawał mi popalić. Ale o to chodziło! Codziennie bardziej zmęczona, ale za to z coraz większym uśmiechem na twarzy wracałam do nich. Niczym wygłodzony pies do swojego pana ;) I udało się! Efekt widać na załączonym obrazku. Wystartowałam dziś w biegu na 10 km. Życiówka, jak marzenie :D Chociaż przyznam się, że mogłam wyciągnąć więcej na liczniku... :P 

Jako, że juz jestem poza bramą koszarów, postawiłam swoich trenerów w gotowości bojowej. Okres szkolenia wymusił małą rozłąkę. Teraz mogę wracać pod ich skrzydła. Zatem... bieganie z Katem-Mordercą zwanym Pawłem, crossfit z Leszkiem i basen z rekinem ludojadem, który próbuje zrobić ze mnie piranię :D 

sobota, 23 sierpnia 2014

1. Bieg Niezłomnych ku Pamięci Żołnierzy Wyklętych

Oficjalnie wracam do gry!

Ale...ja nie wiem, co ja sobie myślałam jadąc na bieg do Sobótki... myślałam, że trasa będzie lekka i przyjemna, wręcz idealna na biegowy powrót po kontuzji  Nie byłam nigdy w Sobótce i nie pomyślałam też, żeby sprawdzić wcześniej trasę  

Jak widać lubię niespodzianki  Tym sposobem góra Ślęża powitała mnie...niemalże z przytupem! 


Już na dzień dobry zrobiłam błąd ustawiając się na tyłach linii startowej sądziłąm, że będę stopniowo sobie wszystkich wyprzedzać, a okazało się, że za chwilę wbiegliśmy do lasu, gdzie nie wiem czy gorsze były ostre podbiegi czy jeszcze bardziej strome zbiegi... zrobił się zator. Przez pierwsze 3-4 km ludzie zamiast biec, szli...bo tak prawdę mówiąc nie wiadomo było, jak lepiej pokonać ten odcinek  Stromy, kamienisty, pnący się w górę i wydawałoby się, że nie miał on końca... Łydki piekły, jak diabli  Cały czas truchtałam i próbowałam wyminąć idących ludzi. W końcu nie przyjechałam tu na spacer! W pewnym momencie byłam zmuszona przejść do marszu, ale moje nogi nie zniosły długo takiego sposobu poruszania się  Powróciłam do biegu, ale ze względu na BARDZO kamienisty teren, należało uważać, by nie zrobić sobie krzywdy...tempo nie było więc jakieś zawrotne  biegłam i zastanawiałam się, jak mogłam być tak głupia i nie sprawdzić trasy! Nie byłam przygotowana na takie warunki... modliłam się, żeby piętaszka to wytrzymała... mój fizjoterapeuta zawsze mi powtarzał, żebym nie myślała o kontuzji, więc starałam się nie myśleć  koło 5 km nagle dostałam skrzydeł i leciałam z górki nabierając coraz większych prędkości  by za chwilę hamować, bo pojawiła się znów kamienista ścieżka i istniało ryzyko wywinięcia orła  i to takiego solidnego  koło 8 km te skrzydła gdzieś odleciały  a szkoda! Bo pojawiła się jeszcze bardziej stroma góreczka, którą prościej chyba było pokonać na czworaka  Nogi drżały i odmawiały posłuszeństwa. Oczy mi zalewało i nie bardzo wiedziałam, na co stawiam stopy...żołądek podchodził do gardła i miałam ochotę rzucić butami w te kamienie i dać sobie spokój! Na pomoc przyszły wspomnienia z poligonu, jak dowódca kazał się czołgać w palącym słońcu, a ja już lekko odpuszczałam i usłyszałam za plecami "NO DALEJ MAŁA!!! ZAP...DALAJ!!!" - pomogło  

Nim się obejrzałam, byłam już na mecie  i to z jakim wynikiem!!!! 

22 miejsce w kategorii K20  

1. Bieg Niezłomnych ku Pamięci Żołnierzy Wyklętych - to najtrudniejsze 10 km, jakie biegłam... ale satysfakcja na mecie jest ogromna  brakowało mi tych emocji na trasie... JAK JA TO KOCHAM!!!!!!  

Piętaszka też jest zadowolona  lekko pomrukuje, ale mam nadzieję, że to z zachwytu 



Jeszcze tylko basen i dzień uważam za udany 


piątek, 25 lipca 2014

Jestem! Żyję! Mam się dobrze :D

Troszkę zaniedbałam stronkę, bo troszkę mnie nie było. To znaczy jestem... ale z uwagi na życiowe zmiany, jakich dokonałam, czasu brakuje, a i też słaby dostęp mam do serwera.  

Ania zaciągnęła się do armii i szkolenia pochłonęły ją bez reszty ;) 
Bawię się tu naprawdę świetnie! Czołganie na poligonie, strzelanie, bieganie i wiele innych atrakcji, jak to w wojsku :) Jest też sporo nauki, co dodatkowo ogranicza możliwości czasowe...ale chcieć to móc :) Czas w wojsku to pojęcie bardzo...hmm ;) względne? Zawsze biegnie na skróty, ścina zakręty i mija z prędkością światła :) Coś w tym jest, bo nawet nie wiem kiedy zleciały 3 miesiące szkolenia. Każdy dzień mam wypełniony obowiązkami i nie ma czasu zastanawiać się nad niczym. Lecimy i zaliczamy kolejne dni :) Mimo że na obrotach wysokich jestem cały czas, to jednak jest to inna forma wysiłku. Forma, którą wypracowałam przed wstąpieniem w szeregi poszła się paść... mówiąc najbardziej wprost. Dlatego za każdym razem kiedy wracam do domu na weekend, nadrabiam treningi i szlifuję formę. Kontuzja się leczy...jakoś. Już troszkę to trwa, ale jest poprawa :)
Za miesiąc koniec szkolenia i obiecuję, wtedy więcej biegać :P Mam nadzieję, że wy nie zapominacie o treningach :D

SIEMA!!! :*

czwartek, 1 maja 2014

Bieganie jest proste - recenzja

Dostałam do oceny książkę dr Krzysztofa Mizery „Bieganie jest proste”. Sama biegam od kilku lat i wiem, że nie jest to takie proste. Idąc za przykładem dowcipów internetowych – „jakby bieganie było takie proste, to wszyscy by biegali” ;) Cóż zatem autor miał na myśli? Zajrzałam do środka i nie wczytując się jeszcze w litery przewertowałam kartki. Bardzo mnie zaskoczyła grafika. Pozytywnie oczywiście! Większość książek, które otrzymuję do recenzji są bogate w wiedzę merytoryczną, a grafika jakby staje się mniej istotna. W tej strony są zachęcające kolorami i bogate w fotografie. Zarówno samego autora, jak i inne związane z tematyką biegową. Dr Mizera to fizjolog sportowy, doradca żywieniowy, amator biegania… a przede wszystkim pasjonat. To da się wyczuć już na pierwszych stronach książki. Czytając słowa wstępu mam wrażenie, że autor prowadzi dialog z moimi myślami. Może dlatego, że doskonale rozumiem o czym pisze. Luźno i swobodnie formułuje swoje myśli, dzięki czemu czyta się to naprawdę przyjemnie.

Autor oczywiście informuje, że książka przeznaczona jest raczej dla biegaczy początkujących. Tym bardziej zaawansowanym również ją polecam. Można tu znaleźć mnóstwo wskazówek i cennych rad. Oprócz tego, na marginesach stron, znajdziemy ciekawostki, definicje i wszelkie informacje warte uwagi.

Zakres poruszanych tematów jest obszerny. Powiedziałabym nawet, że dr Mizera stworzył taki mały poradnik biegania od A do Z. Począwszy od tego czym jest bieganie i jak wpływa na nasze zdrowie i samopoczucie, po fizjologię, a kończąc na kwestiach technicznych. Książka jest podzielona na 4 części. Każda z nich w bardzo prosty sposób przedstawia zalety biegania. Autor tak naprawdę nie daje czytelnikowi możliwości znalezienia wymówki, by nie biegać. Wyprzedza myśli odbiorcy i z łatwością przekonuje, że ten sport jest lekiem na wszystko. Skutecznie! Podaje gotowe recepty na złą pogodę, dietę, nastrój i inne nasze wymysły. Tu należy się pochwała za pomysłowość. Otóż jeszcze w żadnej tego typu książce, nie spotkałam się z tak szerokim przedstawieniem odzieży biegowej. W takie zestawienia bawią się raczej magazyny i czasopisma. Tu znajdujemy obrazy przedstawiające ubiór nadający się na każdą pogodę. Od warunków zimowych, po te bardziej upalne. Uwzględnienie zdjęć proponowanych ubrań ułatwia czytelnikowi wybór. Ponieważ każdy może różnie interpretować opisy, najlepiej pokazać je poprzez zdjęcie.

Mizera wprowadza nas także w trudniejsze pojęcia, bardziej fachowe, naukowe… nie każdy zawraca sobie nimi głowę, bo w końcu bieganie ma być przyjemnością, a nie mieszaniną łamigłówek i ciężkich definicji. Autor kolejny raz upraszcza temat i za pomocą tych, dla niektórych obcobrzmiących definicji, wyjaśnia procesy zachodzące w naszym organizmie.
Dodatkowo, jako radca żywieniowy, podaje przykładowe menu dla biegacza, by pokazać, jak powinno się jeść.

Szczerze mówiąc, po takiej lekturze chciałoby się krzyknąć, że bieganie jest naprawdę proste! Wystarczy przełożyć teorię na praktykę i cieszyć się z przemierzanych metrów, kilometrów, ścieżek… Część sytuacji musimy sami wyczuć na własnej skórze w trakcie treningów. Jednak z taką ilością wskazówek, początki będą prostsze. Tak naprawdę każdy biegacz, który uczy się na własnych błędach, sam dochodzi do pewnych wniosków testując siebie na treningach i metodą prób i błędów eliminuje to, co przeszkadza. Taka książka zdecydowanie ułatwia nam bieganie i pozwala ominąć porażki związane z brakiem motywacji czy wytrwałości.

Po przeczytaniu książki stwierdzam, że… bieganie jednak jest proste! Wystarczy wszystko umiejętnie wytłumaczyć tak, jak zrobił to dr Mizera.